Z tego artykułu dowiesz się:
- Jak wyglądała długa droga polskich koszykarzy do pierwszego mistrzostwa NBA.
- Co sprawiło, że obiecująca kariera Sochana w San Antonio Spurs nagle wyhamowała.
- Na czym polegała słodko-gorzka rola polskiego koszykarza w mistrzowskim zespole Knicks.
- Jakie wyzwania i możliwości kontraktowe czekają na Polaka w najbliższych miesiącach.
Najpierw polscy kibice marzyli, żeby jakiś koszykarz znad Wisły trafił do najlepszej ligi świata. Trzeba było być cierpliwym, bo NBA powoli otwierała się na zagranicznych zawodników, a w latach 90. na celowniku skautów znaleźli się Jugosłowianie, gracze z byłego ZSRR i Francuzi. Trafił się nawet Holender Rik Smits, choć w tym kraju koszykówka jest daleko w tyle za piłką nożną.
Najbliżej swojej szansy był nieżyjący już Adam Wójcik, który nawet pojechał do Los Angeles Clippers na testy, ale kontraktu nie wywalczył. Dostał na pamiątkę sprzęt, a skarpetki z logo klubu przez lata były synonimem tego, jak daleko Polakom do NBA. Wreszcie udało się Cezaremu Trybańskiemu, potem był Maciej Lampe i w końcu Marcin Gortat, który zrobił za oceanem największą karierę.
Wielkie święto w Nowym Jorku. Knicks mistrzami NBA po 53 latach
Grał przez wiele lat, tworzył świetny duet ze Stevem Nashem w Phoenix Suns, promował polską kulturę podczas kilku edycji Polish Heritage Night, mówił o nim Shaquille O’Neal. Gortat był nawet blisko mistrzostwa NBA. W 2009 r. jego Orlando Magic przegrali w finale z Los Angeles Lakers. Polak grał we wszystkich pięciu meczach, średnio prawie 11 minut, ale tytułu nie wywalczył.
Teraz polska koszykówka, po wielu latach, ma swojego mistrza NBA, chociaż trzeba uczciwie przyznać, że wyszkolonego poza Polską, a profil ligi na Instagramie przy wizerunku Sochana wstawił brytyjską flagę. Warto się tym cieszyć, bo chociaż Polak nie odgrywał znaczącej roli w drużynie New York Knicks, to osiągnął to, co nie udało się w przeszłości wielu znakomitym koszykarzom, choćby Charlesowi Barkleyowi czy Nashowi.
Niewiele brakowało, a Sochan walczyłby o tytuł w barwach San Antonio Spurs. Drużyna z Teksasu wybrała go cztery lata temu z wysokim, dziewiątym numerem w drafcie, najwyższym od 1997 r., gdy sięgnęła po Tima Duncana, co było dowodem wiary w jego możliwości. Polak miał być jednym z zawodników, którzy przywrócą blask Spurs pod wodzą Gregga Popovicha. I rzeczywiście pierwsze sezony tak wyglądały.
Czytaj więcej
Po ponad pół wieku oczekiwania New York Knicks ponownie zostali mistrzami NBA. W piątym meczu finałów pokonali San Antonio Spurs 94:90, zamykając s...
Sochan grał długo, rozwijał się, potrafił rzucać nawet po 30 punktów w meczu, a doświadczony trener dawał mu szanse nawet na pozycji rozgrywającego. Rok później Spurs sięgnęli w drafcie po Victora Wembanyamę i stało się jasne, że to wokół niego budowana będzie drużyna. Dodatkowo, Popovich poważnie zachorował, przeszedł na emeryturę, a nowy trener Mitch Johnson ograniczał rolę polskiego zawodnika na parkiecie. Nie pomogły nawet intensywne treningi w lecie, kiedy Sochan ćwiczył rzut za trzy punkty, i opuszczenie zgrupowania reprezentacji Polski na życzenie klubu. Sochan poczuł ból w łydce, a Spurs wezwali go na leczenie do USA, chociaż w naszym kraju rozpoczynał się EuroBasket.
Bywały w tym sezonie takie spotkania, w których Sochan nie podnosił się z ławki, a gdy już wchodził, to głównie z zadaniami defensywnymi. Jasne się stało, że reprezentant Polski musi szukać nowej drużyny, tym bardziej że to ostatni rok jego kontraktu i trzeba było poprawić swoje notowania na rynku.
Polscy kibice nie zobaczą mistrza NBA na żywo
Po Sochana zgłaszały się różne zespoły, ale ostatecznie wybór padł na Knicks i była to decyzja słodko-gorzka. Polak mógł pójść do słabszej drużyny, gdzie dostawałby wiele szans. Postawił jednak na Nowy Jork, został mistrzem NBA, a po wywalczeniu tytułu efektownie świętował, paląc cygaro i otwierając butelkę szampana w towarzystwie aktora Timothée Chalameta, ale w zespole Knicks odgrywał niewielką rolę.
Czasami nie grał wcale, czasami wchodził w końcówkach spotkań, gdy wynik był rozstrzygnięty. Co ciekawe, trener Mike Brown wpuścił go jednak na parkiet nawet w finale. Dał mu szansę w trzecim spotkaniu, a po czwartym meczu, gdy zespół z Nowego Jorku odrobił w dramatycznych okolicznościach 29 punktów straty, nawet chwalił Polaka za intensywne trzy minuty na parkiecie. Sochan został też wysłany do pilnowania Wembanyamy w ostatnich sekundach decydującego starcia w San Antonio.
Pokazał, że potrafi się podporządkować dobru drużyny i nie obraża się, nawet gdy odgrywa marginalną rolę, co podkreślał także trener Brown po czwartym meczu finałowej serii. Polski koszykarz na pewno dzielił się wiedzą na temat słabych stron Wembanyamy i tym, jak trzeba grać przeciwko Francuzowi, żeby w końcu zmusić go do błędów. To udało się np. w czwartym meczu, gdy Wembanyama w ostatnich minutach spudłował dwa rzuty wolne.
Teraz przed obozem Sochana intensywne tygodnie i szukanie możliwości na nowy kontrakt w najlepszej lidze świata. Polak ma wciąż wiele do zaoferowania. Wszyscy podkreślają jego znakomity atletyzm, zdolność do grania w obronie przeciwko niższym i wyższym zawodnikom oraz ciągle młody wiek, co daje szanse na poprawianie braków, szczególnie skuteczności rzutu za trzy punkty, bez czego w dzisiejszej NBA trudno o sukcesy.
Tego lata Sochan też nie przyjedzie na zgrupowanie reprezentacji Polski, która rozegra dwa mecze eliminacyjne do mistrzostw świata z Austrią i Holandią. Szkoda, że polscy kibice nie zobaczą mistrza NBA na żywo, ale trzeba tę decyzję uszanować. Ważne, żeby można się było cieszyć grą Polaka w najlepszej lidze świata.