Rz: Jak ocenia pan swój start w turnieju?
Adam Małysz: Nie mogę być do końca zadowolony. Chciałoby się dużo, dużo więcej. W zawodach skoki nie były złe, ale jednak cały czas za bardzo kontroluję to, co mam wykonać. Za dużo myślę o skoku. Nie mam takiej swobody, że siadam na belkę, jadę i nad niczym się nie zastanawiam.
To dlatego oddaje pan raz świetne, a raz tylko dobre skoki?
Przy obecnych przepisach dotyczących nart i strojów nawet minimalna różnica warunków na skoczni znaczy bardzo dużo. Poza tym w zawodach zawsze jestem bardziej spięty. Skoki nie są wykonywane na takim luzie, jak podczas treningów. Z niedzielnych prób jestem bardziej zadowolony, zwłaszcza z tej pierwszej. Druga nie była super, lecz czuję postęp.
Cztery skoki w sobotę, trzy w niedzielę, czy to nie za dużo?
Nie ma to znaczenia. Jeślibyśmy tak skakali w Garmisch-Partenkirchen, to można by mówić o zmęczeniu, bo tam było dużo wchodzenia po schodach. W Bischofshofen chodzimy mniej. Podczas zwykłego treningu oddajemy o wiele więcej skoków i często te ostatnie próby są najlepsze.
Czy myśli pan już o tym, jak lepiej skakać w Zakopanem?
Teraz czeka mnie skocznia w Val di Fiemme, tam zawsze szło mi dobrze. Cuda się nie zdarzają, ale liczę, że może tam zrobię kolejny mały kroczek do przodu. Cieszę się jednak, myśląc o konkursach na Wielkiej Krokwi, w końcu będą tam moi kibice. Pewnie przydałoby mi się przed tymi zawodami dwa, trzy dni specjalnego treningu. Czuję się wypoczęty, zniknęło zmęczenie z początku sezonu, ale widać, że popełniam pewne błędy, które mógłbym wyeliminować. Plan jest jednak tak napięty, że trudno będzie to zrobić.
Zwycięstwo Janne Ahonena nad Austriakami nie zaskoczyło pana?
Już w sobotę pomyślałem, że Fin nie odda prowadzenia, jest w wyśmienitej formie. Skacze tak stabilnie, że mimo bardzo różnych warunków potrafi odlatywać. W niedzielę warunki były inne, bardziej zróżnicowane, mogło się jeszcze wiele wydarzyć, ale on potrafił pokonać wszystkie trudności.
Jesteście z tego samego rocznika, ale chyba trudno wam się zaprzyjaźnić...
Janne jest na pewno bardzo skrytym człowiekiem. Mało się odzywa, mało się uśmiecha. Czasem klepnie w ramię, czasem powie „Hello!” lub „How are you?”, ale na tym się kończy. Nie jest z nim tak, jak ze Szwajcarami, z którymi często rozmawiamy, żartujemy. Z Ahonenem nie rozmawiałem nigdy dłużej niż minutę. Wydaje się, że to taki typowy fiński człowiek.
Fiński, czyli jaki?
Jeśli ktoś bywał w Finlandii zimą, i doświadczył, jak jest tam zimno i ciemno, to zrozumie. Ja na początku też nie mogłem pojąć, dlaczego Finowie są często tacy ponurzy. Janne Ahonen ma taki wyraz twarzy, że tylko jeden na pięciu młodych skoczków podejdzie i spyta, co słychać. Ale choć jest z pewnością legendą skoków, nikomu nie daje odczuć wyższości. Nie robi z siebie pomnika.