Wyścigowe mistrzostwa świata nie mają szczęścia do ojczyzny demokracji, choć bywały sezony, w których rozgrywano w USA aż trzy Grand Prix. Tak było na początku lat 80., kiedy walczono na ulicznych pętlach w kalifornijskim Long Beach oraz ojczyźnie motoryzacji Detroit, a zmagania kończono w siedlisku hazardu Las Vegas, na torze wytyczonym na rozległym parkingu jednego z hoteli.
Dwa lata temu F1 uchwyciła przyczółek w Teksasie, gdzie zawodnikom od razu spodobał się dość niezwykły tor – z jednej strony Circuit of The Americas jest mieszanką ciekawych zakrętów z innych torów, a z drugiej wyróżnia się stromym podjazdem po starcie i trudnym pierwszym zakrętem na wierzchołku wzgórza.
Teoretycznie na tym etapie sezonu każdy punkt jest już na wagę złota, bo po zawodach w USA kierowcy powalczą już tylko w Brazylii i Abu Zabi, ale ten ostatni wyścig po raz pierwszy w historii Formuły 1 będzie nagradzany podwójnie. Zwycięstwo będzie zatem warte 50 punktów zamiast dwudziestu pięciu.
Lewis Hamilton po wygraniu czterech wyścigów z rzędu ma co prawda 17 punktów przewagi nad Nico Rosbergiem, ale wobec podwójnie punktowanego finału to jeszcze nic nie znaczy. Nawet kolejne dwa triumfy lidera punktacji nic nie pomogą, jeśli partner z Mercedesa będzie dwa razy drugi, a w Abu Zabi Hamiltonowi przytrafi się defekt.
Podczas piątkowych treningów duet Mercedesa ponownie podkreślił swoją dominację, uzyskując najlepsze czasy, ale tematem numer jeden w Teksasie wcale nie są losy mistrzowskiego tytułu, tylko kryzys w stawce. Na wyprawę do USA i Brazylii wybrało się tylko dziewięć zespołów, a dwie najsłabsze, najmniejsze i najbiedniejsze ekipy walczą o wydostanie się z finansowego dołka. Rządy w Caterhamie i Marussii przejęły firmy specjalizujące się w restrukturyzacji upadających firm i zamiast wysłać sprzęt do USA (jeszcze bardziej zadłużając oba zespoły), szukają inwestorów chętnych do przejęcia całego inwentarza.