Alain Zobrist, dyrektor generalny Omega Timing: Niczego nie ukrywamy

Dyrektor generalny Omega Timing Alain Zobrist opowiada „Rz” o pracy podczas zawodów lekkoatletycznych, falstartach, zaciętych finiszach i wszystkich tajemnicach czasu.

Publikacja: 07.08.2023 03:00

Alain Zobrist, dyrektor generalny Omega Timing: Niczego nie ukrywamy

Foto: OMEGA/MATERIAŁY PRASOWE

Co oznacza dla pana hasło: „citius, altius, fortius”, czyli „szybciej, wyżej, mocniej”?

Przede wszystkim dokładność oraz precyzję. Chcemy być pewni tego, co zmierzyliśmy, żeby dostarczyć uczestnikom zawodów rezultaty, gdy tylko miną linię mety.

Czytaj więcej

Prezes PZLA Henryk Olszewski: Niedosyt nas napędza

Bierzecie ze sobą dla bezpieczeństwa więcej sprzętu, niż używacie?

Zawsze bierzemy ze sobą rezerwowe komputery, kamery, kable, generatory prądu czy baterie, ale to nie znaczy, że wszystkiego jest dwa razy więcej.

Ile ton wyposażenia macie na zawodach rangi Diamentowej Ligi, gdzie odpowiadacie za pomiar czasu od 2010 roku, a więc od jej powstania?

1,5 tony. Sporo ważą wyświetlacze stojące za linią mety, gdzie widać wyniki. Ciężkie są też kable, których potrzebujemy kilka kilometrów. Nasza praca to jednak nie sam sprzęt. Urządzenia obsługuje 21 specjalistów, timekeeperów. Dzięki ich kwalifikacjom wiemy, że wszystko pójdzie dobrze, a współpraca z sędziami będzie na odpowiednim poziomie. Standard przewidziany na obsługę Diamentowej Ligi wystarczyłby niemal nawet na igrzyska w Paryżu.

Czy można być jeszcze dokładniejszym?

Technologia nie ma ograniczeń. Cały czas rozwija się sposób mierzenia czasu oraz naszego rozumienia tego, co się dzieje, kiedy mijają kolejne sekundy. Wprowadziliśmy czujniki ruchu oraz systemy określające pozycję zawodnika. To pozwala nam lepiej analizować wysiłek, pracę sportowców od startu do mety. Możemy wówczas zauważyć, kiedy lekkoatleta zyskał albo stracił czas, w którym momencie „wygrał” złoto albo „stracił” brąz. To są obszary, gdzie możemy się ciągle rozwijać. Grafiki czy wykresy w transmisjach są ważne dla kibiców. Możemy im dać więcej informacji, i robimy to.

Planujecie pracę w cyklu olimpijskim, czyli czteroletnim?

Stawiamy raczej na systematyczny rozwój. Wprowadzamy w tym sezonie innowację dotyczącą skoku o tyczce. Na wysokości poprzeczki jest kamera, która filmuje zawodnika, a sztuczna inteligencja przelicza to na rzeczywistą wysokość skoku. To interesujące, gdy skacze Mondo Duplantis. Widzowie, oglądając powtórkę, mogą zobaczyć, że miał pięć czy sześć centymetrów zapasu.

No właśnie, mierzycie nie tylko czas…

Nasza praca jest dużo bardziej skomplikowana. To także mierzenie dystansu, długości, pozycji, szybkości, wiatru czy rytmu. Sprawdzamy właściwie wszystkie parametry decydujące o wyniku.

Bardzo wysoka lub bardzo niska temperatura oznacza ryzyko błędnych odczytów?

Poddajemy nasz sprzęt testom w różnych warunkach, żeby być pewnym, że wytrzymają gorąco, zimno czy wysoką wilgotność. Pogoda nie ma na nas wpływu.

Zdarzają się sytuacje, wywołujące wielkie emocje, jak falstart czy wiatr mający wpływ na uznanie rekordu. Jak sobie z tym radzicie?

Są precyzyjne zasady określające falstart albo bicie rekordu świata i projektujemy sprzęt pod te wytyczne. Urządzenia są homologowane, a my pracujemy ręka w rękę z sędziami. Nie sędziujemy, tylko dostarczamy dane. Zawsze ktoś stoi obok i decyduje, czy to, co zmierzyliśmy, jest poprawne. Czasami trenerzy lub zawodnicy protestują, więc prowadzimy otwartą komunikację. Przy falstarcie pokazujemy tablicę z wykresami siły nacisku stopy na blok startowy. Niczego nie ukrywamy.

Każdy finisz możecie rozstrzygnąć?

Tak. Możemy wskazać różnicę między pierwszym a drugim miejscem, której widz nie zauważy gołym okiem. Nasze kamery na linii mety robią 10 tysięcy zdjęć na sekundę.

Czytaj więcej

Nikt nie wierzy Jelenie Isinbajewej

Przepisy o falstartach się zmieniają. Także dzięki waszej pracy?

Współpracujemy z federacjami, a one też się rozwijają. Kilka lat temu zmieniły się przepisy i teraz falstart prowadzi do automatycznej dyskwalifikacji. Takie reguły możesz wprowadzić tylko wtedy, gdy jesteś pewny sprzętu i dokładności pomiarów.

Jak długo pracujecie nad nowym rozwiązaniem?

Najpierw testujemy je w laboratorium, a potem przywozimy sprzęt na profesjonalne zawody, ale nie mierzymy nim wyników oficjalnie. Dopiero kiedy zda wszystkie testy, możemy go oficjalnie używać.

Wasze pomiary decydują o medalach i rekordach. Sportowcy was lubią?

Nie powinniśmy się tym przejmować, ale słuchamy ich głosu i zbieramy od nich informacje – zwłaszcza dotyczące działania sprzętu. Powinni nam ufać i myślę, że na takie zaufanie zapracowaliśmy.

Co oznacza dla pana hasło: „citius, altius, fortius”, czyli „szybciej, wyżej, mocniej”?

Przede wszystkim dokładność oraz precyzję. Chcemy być pewni tego, co zmierzyliśmy, żeby dostarczyć uczestnikom zawodów rezultaty, gdy tylko miną linię mety.

Pozostało 95% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Sport
Klaudia Zwolińska bohaterką mistrzostw Europy. Teraz czas na igrzyska
Sport
Czy Iga Świątek pójdzie w ślady Sereny Williams?
Sport
Minister sportu Ukrainy: Rosyjscy sportowcy, którzy nie popierają inwazji na Ukrainę, powinni zmienić narodowość
Sport
Giro d’Italia. Tadej Pogacar marzy o dublecie Giro-Tour
Sport
WADA walczy o zachowanie reputacji. Witold Bańka mówi o fałszywych oskarżeniach
Materiał Promocyjny
CERT Orange Polska: internauci korzystają z naszej wiedzy