Dobrze, że nie mówię po polsku

An­drea Ana­sta­si, włoski tre­ner re­pre­zen­ta­cji siat­ka­rzy, o na­szej men­tal­no­ści i zło­tym me­da­lu

Aktualizacja: 06.08.2012 01:13 Publikacja: 06.08.2012 01:12

Dobrze, że nie mówię po polsku

Foto: ROL

Korespondencja z Londynu

Podobno jest pan fanem piłki nożnej?

Andrea Anastasi:

Tak. Jak każdy Włoch. Moją ulubioną drużyną jest Juventus.

Arrigo Sacchi, Giovanni Trapattoni czy Fabio Capello – wizja którego z tych trenerów najbardziej panu odpowiada?

Zdecydowanie Sacchiego. Miałem dużo szczęścia, bo często rozmawiałem z Arrigo w ostatnim roku. Pracuje w centrum szkolenia trenerów włoskiej federacji jako jeden z wykładowców. Jego pomysł na grę jest jasny i jest to pomysł stawiający najwyżej dobro drużyny. Niczego nie oddaje w ręce wielkich indywidualności, które są w każdym zespole i których umiejętności trzeba umieć wykorzystać, ale nie wolno stawiać w pierwszym rzędzie. Grać razem i razem wygrywać to także moje trenerskie motto.

Sacchi był chory na punkcie taktyki.

To prawda. Ale zmuszał wszystkich, żeby szli w jednym kierunku. Wiedział, że tylko wtedy można osiągnąć sukces. Robię tak samo, wypracowaliśmy własny system. Teraz w Londynie nie ma już na to czasu. Ćwiczymy to, na co umówiliśmy się na początku mojej pracy. Kiedy masz własny styl gry, nie boisz się w trudnych momentach. Jak nie masz  –  przegrywasz. Uwielbiam w moich siatkarzach to, że się nie poddają.

Jak to jest być trenerem obcokrajowcem? Podobno taki nie wie, co to gra dla ojczyzny, flagi i hymnu.

Nie mówię po polsku i nie uczę się waszego języka. Ale naprawdę dużo czytam o Polsce i mam przyjaciół, którzy mieszkają tu od 25 lat i każdego dnia próbują mi tłumaczyć, co się dzieje. Kiedy patrzę na moich chłopaków, widzę coś innego niż w telewizji i gazetach. To dla mnie bardzo ważne, że mam do czynienia z innym pokoleniem. Młodsi żyli bez komunizmu i związanej z nim depresji. Kochają wolność i chcą być wolni, a to jest mój sposób życia. Moi siatkarze chcą sami o sobie decydować.

Wiedział pan o tym od początku?

Nie, najpierw próbowałem robić inne rzeczy. Szybko zrozumiałem, że z nimi tak się nie da. Nie chcą, żeby ktoś ich popychał, stał nad nimi i mówił: „Ja jestem trenerem, wiem wszystko najlepiej i musicie zrobić wszystko tak, jak chcę". Polakom trzeba sprawę wytłumaczyć z innej pozycji. Rozumiem to. Chcę, żeby każdy mój zawodnik włożył w drużynę całego siebie. To nie jest piłka nożna, my mamy czas na wspólną pracę. Ostatnie cztery miesiące spędziliśmy razem, w poprzednim sezonie uzbierałoby się z pół roku. Dla jednej drużyny to chyba za dużo, ale dzięki temu poznaliśmy się lepiej. Wiem, jaki jest Kurek, a jaki Bartman, nasze relacje są lepsze, mamy do siebie zaufanie.

Podobno w ogóle nie kontroluje pan swoich zawodników. Muszą tylko być o północy w łóżkach.

Wyjaśniłem już panu, dlaczego tak postanowiłem. Jeśli oni nie będą mieli ochoty wygrać, to nie wygramy. Takie jest życie, tego nie zmienisz. Jeśli wypiszesz na tablicy żelazne zasady, które panują w drużynie, to pierwszą myślą zawodnika, który je czyta, jest to, jak je obejść. Kocha pan swoją mamę?

Tak.

Założę się, że mówiła panu, że kiedy jest zimno, to trzeba założyć kurtkę. No i grzecznie pan zakładał, a potem za rogiem ściągał ją, myśląc: „Daj mi spokój". W takich relacjach najważniejsze jest zaufanie. Mieliśmy w drużynie problemy w przeszłości, ale po prostu je przedyskutowaliśmy. Jedno piwo nie jest problemem, dwa też nie, pójdziesz do toalety zrobić siku i już nic w tobie nie ma.

Miał pan problem z mentalnością polskich zawodników?

Kiedy przyjechałem, wszyscy mnie ostrzegali, że Polacy nie mają mentalności zwycięzców. Ale ja jestem szczęściarzem, bo przyjechałem z Włoch. Myślę, że idealną sytuacją dla trenera w waszym kraju jest to, że nie zna języka. Nikt nie chce mi podpowiadać, wciskać swoich teorii. Ludzie w Polsce nie wierzą w młodzież, a to duży błąd. Młodzi są niewiarygodni, niesamowici, mają wielką pasję.

Powiedział pan, że z każdym dniem czuje się coraz bardziej Polakiem.

Czuję się w waszym kraju bardzo dobrze. Kiedy pierwszy raz na dłużej jechałem do Warszawy, zastanawiałem się, co się wydarzy. Mówiłem, że jadę do mieszkania w Polsce, teraz mówię, że jadę do domu. Oglądam wszystko z dystansem obcokrajowca, widzę, jak nowe pokolenie rośnie, jak rosną miasta, cały kraj. Warszawa jest międzynarodowa, multikulturalna. Może było mi łatwiej niż gdzie indziej na Wschodzie, bo jesteście katolikami, ale czuję się jednym z was. To jedna z tych spraw, o których mówisz: „Nie wiem dlaczego, ale właśnie tak jest".

Pomogło panu to, że polską kadrę prowadzili wcześniej Raul Lozano i Daniel Castellani?

Jestem szczęściarzem, że przyszedłem po nich. Utrzymujemy świetne relacje, jesteśmy przyjaciółmi i doceniam to, co zrobili przede mną. Zachowują się zupełnie inaczej niż ja, mają inny sposób prowadzenia zespołu. Nasz system jest unikalny. Ale rozmawiałem z kilkoma starszymi ludźmi, którzy w polskiej siatkówce siedzą od lat. Podobno to Raul nauczył Polaków profesjonalnego podejścia do siatkówki.

Dodaje pan dużo pewności siebie siatkarzom, zachowując spokój w trudnych sytuacjach.

Po prostu kontroluję swoje emocje. Czasami jestem na nich wściekły, nieważne, czy w trakcie meczu czy na siłowni, ale wiem, że nie mogę tego okazać. A już na pewno nie teraz, na najważniejszym turnieju. W Londynie muszę się pilnować. Myślę, że mamy bardzo dobrą atmosferę w drużynie i dzięki temu łatwiej mi się nią zarządza.

Jest pan wrażliwy, łatwo się pan wzrusza, szybko cieszy. Zachowanie spokoju dużo pana kosztuje?

W Londynie nie, ale na pewno zdarzały się słabsze chwile. Bardzo lubię być Włochem, takim typem „latino", czasami tracę spokój, ale jestem prawdziwy. Na igrzyskach mi się jednak nie zdarzyło, bo mam zaufanie do swoich zawodników. Patrzę na nich i się uspokajam.

Marcin Możdżonek powiedział, że nie wszyscy w drużynie się lubią. To nie przeszkadza?

Każdy trener ma na to swoją strategię. Przecież nie każdy z każdym musi się przyjaźnić, ale najważniejsza jest jedna rzecz – szacunek. Po meczu z Wielką Brytanią zawodnicy zapytali mnie, czy mogą iść wieczorem na The Mall. Mogli. Jeśli nie mamy do siebie szacunku, to przegramy najbliższy mecz. Myślę, że wśród moich siatkarzy nie ma żadnego problemu ze zrozumieniem innego człowieka. Wiadomo, czasami się pokłócą, ale takie jest życie. Uwielbiam być trenerem męskiej drużyny, wiem, co się dzieje, kiedy używamy nagle mocnych słów: po polsku i po włosku. Lubię to. Ale później widzę, że idziemy w jednym kierunku, zamykamy sprawę.

Po wygraniu Ligi Światowej postawiono przed wami jasny cel – złoto na igrzyskach.

To duży błąd dziennikarzy, że uznali nasze zwycięstwa za stan naturalny. O każde punkty trzeba walczyć, o każde jest trudno. Myślę, że ten zespół ma świetne perspektywy. Może będzie medal w Londynie, a może trafimy w ćwierćfinale na Brazylię lub Rosję i nie damy rady. Na teraz wiem, że jesteśmy naprawdę w dobrej formie, rośniemy z każdym meczem i musimy tylko zachować siły na najważniejsze spotkania.

Zawodnicy mówią, że dobry z pana psycholog.

Czasami trzeba komuś pomóc. Miałem szczęście dużo pracować z moim bliskim przyjacielem, świetnym psychologiem sportu. Robiliśmy eksperymenty z moją drużyną. Tłumaczyłem mu, czego chcę, a on mi mówił, jak to osiągnąć. Poza pracą trenera daję też wykłady w centrum szkolenia. Bardzo lubię to robić, muszę rozmawiać z ludźmi, wielu rzeczy się dowiaduję. Dzięki temu zarządzam zespołem w kontrolowany sposób, wiem, jak to robić.

Sport
Alpy 2030. Zimowe igrzyska we Francji zagrożone?
Sport
Andrzej Duda i Międzynarodowy Komitet Olimpijski. Czy to w ogóle możliwe?
Sport
Putin chciał zorganizować własne igrzyska. Rosja odwołuje swoje plany
Sport
Narendra Modi marzy o igrzyskach. Pójdzie na starcie z Arabią Saudyjską i Katarem?
Materiał Promocyjny
Przewaga technologii sprawdza się na drodze
Sport
Plebiscyt na Najlepszego Sportowca Polski. Poznaliśmy nominowanych
Materiał Promocyjny
Transformacja w miastach wymaga współpracy samorządu z biznesem i nauką