Na krótką letnią chwilę dyskusje o Soczi 2014 ustąpiły miejsca dawnym igrzyskom. Gazety cofnęły się 30 lat wstecz. Piszą głównie o tym, czego nie było widać, czyli o szczególnych środkach zastosowanych przez reżim totalitarny goszczący prestiżową imprezę.
„Na ulicach Moskwy nigdy nie było tylu mundurowych” – pisze „Moskowska Niediela” – cotygodniowy dodatek do dziennika „Izwiestia”. Do pilnowania porządku zmobilizowano 8,5 tysiąca stołecznych funkcjonariuszy. Ze wszystkich regionów ZSRR przyjechało ponad 40 tys. milicjantów.
Pilnowali nie tylko wioski olimpijskiej i ulic, ale także lotnisk, pociągów, dróg wylotowych ze stolicy. Cel był jasny – do Moskwy nieproszona nie może prześlizgnąć się nawet mysz. Tylko część funkcjonariuszy chodziła po ulicach w mundurach – spora część założyła cywilne ubrania.
[wyimek]Wielkie wrażenie robiły pełne półki w sklepach – wspominają Rosjanie[/wyimek]
Ale przy tak ważnej imprezie kluczową rolę odgrywała nie milicja, lecz służby specjalne. Agenci byli wszędzie. Siedzieli na trybunach, w hotelach i w nowo otwartych barach (ascetyczna Moskwa nie miała przed igrzyskami zbyt wielu takich lokali). Schwycili za miotły i ścierki – tylko w wiosce olimpijskiej pracowało ponad tysiąc tajniaków przebranych za sprzątaczy. Wszyscy byli przeszkoleni – w każdej chwili mogli porzucić narzędzia pracy i włączyć się do akcji specjalnej.
A strach przed prowokacją albo zamachem był ogromny. I wynikał nie tylko z tradycyjnej paranoi sowieckich władz, ale także świeżego jeszcze wspomnienia tragicznych wydarzeń w Monachium w 1972 roku (w zamachu zginęli sportowcy z Izraela). Moskwa postanowiła się przygotować i na taką okoliczność.
To właśnie w związku z olimpiadą powstały supertajne oddziały specjalne Alfa i oddziały milicji specjalnego przeznaczenia (OMON), a w sowieckim MSW powstał „departament olimpijski” do koordynowania działań związanych z bezpieczeństwem podczas igrzysk. Decyzję o utworzeniu Alfy szef KGB Jurij Andropow podjął jeszcze w 1974 roku, gdy tylko Moskwa została wybrana na gospodarza imprezy – przypominają „Izwiestia”.
Według tej gazety za kulisami igrzysk odbyło się niezwykłe spotkanie szefostwa MSW z bossami moskiewskiego świata przestępczego. Minister Nikołaj Szczełokow otwartym tekstem postawił mafioso ultimatum: „Jeśli dojdzie choćby do jednego włamania, wszyscy pójdą siedzieć. Jeśli zaś przestępcy wykażą się cierpliwością, nadrobią sobie po olimpiadzie”.
Dostęp do stolicy był podczas igrzysk ściśle reglamentowany. Rosjanie niezameldowani w Moskwie nie mieli szans, by wjechać do miasta – wspominają rozmówcy „Moskowskiej Niedieli”. Także mieszkańcy miasta raczej organizatorom igrzysk przeszkadzali. Dlatego „pozbywano” się ich z właściwą sowieckim władzom przedsiębiorczością – masowo organizowano wyjazdy na budowy w ramach hufców pracy. To dla dorosłych. Dzieci z kolei wyjeżdżały na obozy pionierskie. Odbyła się poza tym wizerunkowa czystka – z miasta wysiedlono bezdomnych, pijaków i prostytutki.
Ale ci, którzy zostali w stolicy, do dziś wspominają olimpijskie tygodnie z rozczuleniem. I to bynajmniej nie sportowe emocje najbardziej utkwiły w ich pamięci. – Największe wrażenie robiły pełne półki w sklepach – opowiadali „Wieczerniej Moskwie” mieszkańcy miasta. Sklepy nie mogły przecież świecić pustkami, gdy przechadzali się po nich zagraniczni goście. Pojawiły się masło, kiełbasa i inne importowane przysmaki.
Na otwartej z okazji jubileuszu wystawie „Pięć kółek pod kremlowskimi gwiazdami” w siedzibie Rosyjskich Archiwów Państwowych zaprezentowano szereg nieznanych wcześniej dokumentów dotyczących olimpiady. Korespondencja między Kremlem, KGB i innymi instytucjami pokazuje „gry, które toczyły się wokół igrzysk”. Można tam m.in. zobaczyć notatkę Leonida Breżniewa do Konstantina Czernienki (numer dwa w KPZR) z 1975 roku, w której sowiecki lider rozważa możliwość rezygnacji z imprezy.
Prawdopodobnie Breżniew bał się wydatków, które nadwątliłyby i tak obciążony budżet. Ale zwolennicy olimpiady w Politbiurze zwyciężyli – pewnie przekonali szefa, że propagandowe i prestiżowe korzyści zrekompensują jej koszty.
Wielkim ciosem w propagandowe plany ZSRR był zapoczątkowany przez USA bojkot igrzysk przez państwa zachodnie, który był odpowiedzią na wkroczenie radzieckich wojsk do Afganistanu. ZSRR próbował walczyć o gości zza żelaznej kurtyny m.in. za pomocą prezentów. Kanclerz RFN dostał w prezencie ładę niwę, a szef niemieckiej dyplomacji – broń myśliwską.
Moskwa szukała pocieszenia w propagandzie – wszak bojkot zainicjowany przez zachodnich polityków zaszkodził w pierwszej kolejności ich własnym sportowcom. Później Rosjanie podkreślali, że pomimo nieobecności Zachodu pobito więcej rekordów niż w Montrealu (poprzednie letnie igrzyska w roku 1976) – 74 olimpijskie i 36 światowych. I z radością konstatowano, że wielu mieszkańców zachodniego bloku jechało na wakacje w pobliże żelaznej kurtyny, gdzie można było złapać sygnał sowieckiej telewizji.
„Olimpijski Miszka” u nas zwany po prostu misiem Miszą był jednym z głównych bohaterów igrzysk i do dziś pozostał najbardziej rozpoznawanym symbolem tamtej imprezy. Do dziś mieszka w wielu rosyjskich domach, bo wyprodukowano nieprawdopodobne ilości misiowych gadżetów – figurek, obrazków, nadruków na koszulkach, które można kupić na pchlich targach po dziś dzień.
Misza wystąpił nawet w sowieckich filmach animowanych (m. in. w „Wilku i zającu”). Gdy podczas zakończenia olimpiady wielka kukła Miszy odlatywała znad stadionu na Łużnikach, ludzie na trybunach płakali. Bo, jak mówią, Rosjanie wraz z Miszą pożegnali marzenie o tej lepszej Moskwie.
Złe języki twierdziły, że miś, lądując gdzieś na obrzeżach Moskwy, rozbił się na kawałki i nic z niego nie zostało, ale Rosjanie w to nie wierzą.