Korespondencja z Silverstone
Na domiar złego tysiące brytyjskich fanów, zjeżdżających na Silverstone z całego kraju, musiało się zadowolić słuchaniem komentarza w swoich samochodowych radiach, bo w piątkowy poranek drogi dojazdowe do toru były kompletnie zablokowane. Odpowiednie zarządzanie ruchem na wąskich trasach wokół wioski Silverstone zawsze było zmorą organizatorów. Jednak nigdy nie było tak źle: w piątek rano na pokonanie piętnastu kilometrów z miasteczka Northampton trzeba było przeznaczyć dwie i pół godziny.
Przedstawiciele toru tłumaczyli, że winić trzeba pogodę. Porządkowi nie wpuszczali kibiców na rozmokłe pola namiotowe, rozjeżdżone przed trzema tygodniami, kiedy w podobnych warunkach atmosferycznych rozgrywano na Silverstone rundę motocyklowych mistrzostw świata. Od wczesnych godzin porannych policja mogła tylko bezradnie patrzeć na wydłużające się sznury samochodów.
Po kierowców startujących w niższych seriach, które mają swoje treningi jeszcze przed pierwszą sesją dla zawodników Formuły 1, wysyłano skutery, bo tylko takim środkiem lokomocji można było dotrzeć na czas. Tych, którzy odstali swoje w korku i wreszcie dotarli na trybuny, pocieszyć mógł tylko najlepszy czas dnia uzyskany przez Lewisa Hamiltona. W obu półtoragodzinnych sesjach treningowych kierowcy spędzili więcej czasu w garażu niż na torze, przejeżdżając w każdej półtoragodzinnej sesji najwyżej kilkanaście okrążeń.
– Naprawdę szkoda mi kibiców – mówił po treningach Mark Webber. – Nie był to najlepszy dzień jeśli chodzi o ilość akcji na torze, ale musimy oszczędzać opony na resztę weekendu. Jest szansa, że będziemy ich potrzebować. Czapki z głów przed fanami, którzy wspierali nas w tych potwornie trudnych warunkach. Na każdy wyścigowy weekend kierowcy mają do dyspozycji po trzy komplety opon deszczowych i cztery przejściowych – z płytszym bieżnikiem, na przesychający lub lekko wilgotny tor.