Sukcesy Michaela Schumachera, który zadebiutował w F1 na początku lat 90. i w 1994 roku wywalczył pierwszy z siedmiu tytułów, spowodowały gwałtowny wzrost popularności wyścigów w Niemczech. Fani jeździli w ślad za swoim idolem po całej Europie, a od sezonu 1995 aż dwa razy w roku mogli kibicować „Schumiemu" na ojczystej ziemi. Na torze Hockenheim w Badenii-Wirtembergii organizowano zawody o Grand Prix Niemiec, a Nuerburgring w górach Eifel był gospodarzem Grand Prix Europy i Luksemburga.
Gdy po sezonie 2006 Schumacher odszedł z Formuły 1, dwa wyścigi w Niemczech przestały mieć sens – zwłaszcza, że oba tory wpadły w tarapaty finansowe. Przywilej goszczenia wyścigowych mistrzostw świata nie jest tani, bo co roku w ramach opłaty licencyjnej trzeba wyłożyć kilkanaście milionów euro. Na fali sukcesów Fernando Alonso zawody o Grand Prix Europy przeniesiono zatem do Walencji i od 2007 roku kierowcy ścigają się w lata nieparzyste na Nuerburgringu, a w parzyste na Hockenheim.
Niewielkie miasteczko leżące niedaleko Frankfurtu co dwa lata przeżywa prawdziwy najazd kibiców. Otaczające tor pola namiotowe tętnią życiem przez cały weekend, a pojęcie ciszy nocnej praktycznie nie istnieje. W dzień ryczą silniki wyścigowych samochodów, a po zmroku tankujący niezliczone ilości piwa kibice rozkręcają muzykę na cały regulator, hałasują przy użyciu wyścigowych wersji wuwuzeli, odpalają fajerwerki i cieszą się wyścigowym świętem.
Schumacher, ich dawny bohater, nie wytrzymał życia z dala od Formuły 1 i po trzyletniej przerwie wznowił starty, tym razem w barwach Mercedesa. Daleko mu do dawnej, mistrzowskiej formy, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że spora część niemieckich fanów przeoczyła dwa tytuły zdobyte w latach 2010-2011 przez Sebastiana Vettela. W obowiązkowym umundurowaniu kibiców – koszulkach, czapeczkach, flagach – wciąż przeważają czerwone barwy Ferrari, z lat największych sukcesów „Schumiego". Urzędujący mistrz świata urodził się i wychował 50 kilometrów od Hockenheim, w miasteczku Heppenheim – przechrzczonym przez fanów na „Vettelheim", ale w konkursie popularności na polach namiotowych wciąż przegrywa ze starszym o osiemnaście lat rodakiem.
Podczas czwartkowej konferencji prasowej na torze Hockenheim obaj niemieccy mistrzowie świata siedzieli obok siebie w pierwszym rzędzie. – Pamiętam, jak byłem tu po raz pierwszy z moim ojcem, chyba w 1992 roku – wspominał Vettel. – Miałem pięć lat, w piątek lało jak z cebra i czekaliśmy przy pierwszej szykanie na samochody, na Michaela. Przejechał tylko okrążenie instalacyjne, ale to wystarczyło – wyjątkowy był sam dźwięk samochodu, widok wodnego pióropusza spod kół. To bardzo miłe wspomnienie.