Korespondencja z Budapesztu
Czasy się zmieniły, ustrój oczywiście też, ale węgierskie zawody na dobre zadomowiły się w kalendarzu Formuły 1. W tym roku odbędą się po raz 29 – teraz trudno w to uwierzyć, ale w trwającej od 1950 roku historii wyścigowych mistrzostw świata jedynie 13 państw zorganizowało więcej Grand Prix.
Wyścigowi weterani wspominają, jak w 1986 roku mogli dzięki GP Węgier zapuścić żurawia za żelazną kurtynę i choć przez parę dni posmakować życia w socjalistycznej rzeczywistości. Pamiętają ulice pełne Trabantów – szczytem luksusu były Łady z wypożyczalni na lotnisku – czy oficjalną eskortę w drodze na tor, gdzie zmagania przybyszy z kapitalistycznego Zachodu obserwowało 200 000 kibiców, rozlokowanych na spalonych słońcem skarpach w naturalnym amfiteatrze, jakim jest obiekt położony w Dolinie Trzech Źródeł.
Teraz to po prostu jedna z kolejnych Grand Prix, które zdołały się jeszcze oprzeć modzie na organizację wyścigów w egzotycznych miejscach pokroju Bahrajnu czy Abu Zabi. Tam co prawda tradycji wyścigowych nie ma, ale za to bogaci szejkowie chętnie wsypują petrodolary do kieszeni rządzącego komercyjną stroną F1 Berniego Ecclestone'a i w zamian mogą cieszyć się splendorem własnej Grand Prix.
Gdyby ktoś się zastanawiał, jakie wyścigowe tradycje mają Węgrzy, to zawsze można cofnąć się do czasów przedwojennych. W 1936 roku w budapeszteńskim Parku Ludowym włoski wirtuoz kierownicy Tazio Nuvolari swoją zwinną Alfą Romeo pokonał mocarne niemieckie maszyny Mercedes i Auto Union. Lokalny zawodnik Laszlo Hartmann z powodzeniem startował w europejskich wyścigach – także w GP Lwowa, ulicznym wyścigu w ówczesnej Polsce – a trzy dekady wcześniej niejaki Ferenc Szisz zwyciężył w pierwszych w historii zawodach o nazwie Grand Prix. Pokonanie dwunastu „okrążeń" liczącej 100 kilometrów trasy nieopodal francuskiego miasta Le Mans zajęło mu 12 godzin, czyli jego Renault z silnikiem o zawrotnej mocy 90 koni mechanicznych osiągnęło średnią prędkość 100 km/godz.