Formuła 1: Grand Prix w Budapeszcie

Trzydzieści lat temu wizja wyścigu Formuły 1 w komunistycznym państwie wydawała się czystą fantastyką. Jednak w 1986 roku Węgrom udało się przyciągnąć wyścigową elitę na kręty tor pod Budapesztem.

Publikacja: 24.07.2014 22:52

Formuła 1: Grand Prix w Budapeszcie

Foto: AFP

Korespondencja z Budapesztu

Czasy się zmieniły, ustrój oczywiście też, ale węgierskie zawody na dobre zadomowiły się w kalendarzu Formuły 1. W tym roku odbędą się po raz 29 – teraz trudno w to uwierzyć, ale w trwającej od 1950 roku historii wyścigowych mistrzostw świata jedynie 13 państw zorganizowało więcej Grand Prix.

Wyścigowi weterani wspominają, jak w 1986 roku mogli dzięki GP Węgier zapuścić żurawia za żelazną kurtynę i choć przez parę dni posmakować życia w socjalistycznej rzeczywistości. Pamiętają ulice pełne Trabantów – szczytem luksusu były Łady z wypożyczalni na lotnisku – czy oficjalną eskortę w drodze na tor, gdzie zmagania przybyszy z kapitalistycznego Zachodu obserwowało 200 000 kibiców, rozlokowanych na spalonych słońcem skarpach w naturalnym amfiteatrze, jakim jest obiekt położony w Dolinie Trzech Źródeł.

Teraz to po prostu jedna z kolejnych Grand Prix, które zdołały się jeszcze oprzeć modzie na organizację wyścigów w egzotycznych miejscach pokroju Bahrajnu czy Abu Zabi. Tam co prawda tradycji wyścigowych nie ma, ale za to bogaci szejkowie chętnie wsypują petrodolary do kieszeni rządzącego komercyjną stroną F1 Berniego Ecclestone'a i w zamian mogą cieszyć się splendorem własnej Grand Prix.

Gdyby ktoś się zastanawiał, jakie wyścigowe tradycje mają Węgrzy, to zawsze można cofnąć się do czasów przedwojennych. W 1936 roku w budapeszteńskim Parku Ludowym włoski wirtuoz kierownicy Tazio Nuvolari swoją zwinną Alfą Romeo pokonał mocarne niemieckie maszyny Mercedes i Auto Union. Lokalny zawodnik Laszlo Hartmann z powodzeniem startował w europejskich wyścigach – także w GP Lwowa, ulicznym wyścigu w ówczesnej Polsce – a trzy dekady wcześniej niejaki Ferenc Szisz zwyciężył w pierwszych w historii zawodach o nazwie Grand Prix. Pokonanie dwunastu „okrążeń" liczącej 100 kilometrów trasy nieopodal francuskiego miasta Le Mans zajęło mu 12 godzin, czyli jego Renault z silnikiem o zawrotnej mocy 90 koni mechanicznych osiągnęło średnią prędkość 100 km/godz.

Ponad sto lat później francuska marka może tylko marzyć o takich sukcesach. Jednostki napędowe Renault są kulą u nogi dla mistrzowskiej ekipy Red Bull, a karty rozdaje Mercedes. Na krętym i dość wolnym Hungaroringu osiągi silników nie są najważniejsze, ale i tak wszystkie atuty w ręku trzyma ekipa Nico Rosberga i Lewisa Hamiltona.

Walka tych dwóch kierowców rozgrzewa kibiców od początku sezonu. Mimo dominacji jednej ekipy nie jest nudno, bo obaj mają wolną rękę i mogą ze sobą walczyć – oczywiście w rozsądnych granicach.

– Obaj jeździmy dla Mercedesa, dla setek pracowników, i przede wszystkim musimy działać dla dobra zespołu – mówi liderujący w punktacji Rosberg. Spytany o to, czy będzie mógł bezpardonowo walczyć z Hamiltonem, gdy mistrzowski tytuł wśród konstruktorów będzie już zapewniony, żartobliwie odparł: – Mam nadzieję, że nie, bo wówczas będziemy się cały czas zderzać ze sobą!

To zrozumiałe, że Rosbergowi dopisuje dobry humor: w miniony weekend zwyciężył przed własną publicznością, co wobec trzeciej lokaty Hamiltona pozwoliło mu zwiększyć przewagę w klasyfikacji sezonu do 14 punktów. Tyle, że jego zespołowy partner w siedmiu dotychczasowych startach na Hungaroringu zwyciężał aż cztery razy: w 2007, 2009 i 2012 roku w barwach McLarena, przed rokiem już w Mercedesie. Tyle samo triumfów na Węgrzech ma w dorobku tylko siedmiokrotny mistrz świata Michael Schumacher.

W węgierskim skwarze rozegra się pojedynek, którego stawką będzie spędzenie czterech tygodni wakacji w roli lidera mistrzostw świata. Za plecami duetu Mercedesa szykuje się ciekawa walka pomiędzy kierowcami Red Bulla i Williamsa. W tym kwartecie jest zawodnik, który w tym roku jako jedyny poza Rosbergiem i Hamiltonem wpisał się na listę zwycięzców Grand Prix: to Daniel Ricciardo, przyćmiewający swoją szybkością czterokrotnego mistrza świata Sebastiana Vettela. Do tego Red Bull, zamiast marzyć o dopadnięciu Mercedesa, musi się bronić przed Williamsem. Zaliczający drugi sezon w F1 Valtteri Bottas ma na koncie trzy podia z rzędu, a GP Węgier to tradycyjnie wyścig, na którym zjawia się wielu fińskich kibiców – dla nich, podobnie jak dla Polaków, to najbliższe zawody. Z kolei jego doświadczony zespołowy kolega Felipe Massa w dwóch ostatnich wyścigach nie przejechał ani jednego okrążenia, więc szczególnie mu zależy na dobrym wyniku.

Do tej czwórki trzeba jeszcze dodać Fernando Alonso, który na każdym torze wyciska siódme poty ze swojego Ferrari. Hiszpan zdobywał punkty w każdym tegorocznym wyścigu, chociaż jego zespołowy partner Kimi Raikkonen – także były mistrz świata – miewa trudności z przebiciem się do pierwszej dziesiątki.

Ostatnia odsłona zmagań przed wakacyjną przerwą zapowiada się nie mniej ciekawie niż poprzednie tegoroczne wyścigi. Formuła 1 jest co prawda cichsza, ale emocje są większe niż w minionym sezonie, zdominowanym przez Red Bulla i Sebastiana Vettela.

Korespondencja z Budapesztu

Czasy się zmieniły, ustrój oczywiście też, ale węgierskie zawody na dobre zadomowiły się w kalendarzu Formuły 1. W tym roku odbędą się po raz 29 – teraz trudno w to uwierzyć, ale w trwającej od 1950 roku historii wyścigowych mistrzostw świata jedynie 13 państw zorganizowało więcej Grand Prix.

Pozostało jeszcze 93% artykułu
Sport
Sportowcy spotkali się z Andrzejem Dudą. Chodzi o ustawę o sporcie
Sport
Czy Andrzej Duda podpisze nowelizację ustawy o sporcie? Jest apel do prezydenta
Sport
Dlaczego Kirsty Coventry wygrała wybory i będzie pierwszą kobietą na czele MKOl?
Sport
Długi cień Thomasa Bacha. Kirsty Coventry nową przewodniczącą MKOl
Materiał Partnera
Konieczność transformacji energetycznej i rola samorządów
SPORT I POLITYKA
Wybory w MKOl. Czy Rosjanie i Chińczycy wybiorą następcę Bacha?