Odbieram nawet sygnały o pretensjach do Legii za ten awans, który rzekomo się jej nie należał. Lepsze od niej drużyny z Łazienkowskiej nie osiągnęły tego poziomu, nie udało się to też innym mistrzom Polski z Krakowa, Poznania, Łodzi, Warszawy, Lubina i Wrocławia. Cóż więc się stało?

Legia popełniła takie same błędy co zwykle i te same, jakich nie ustrzegli się inni mistrzowie Polski, prowadzący krótkowzroczną politykę. Jej sens sprowadza się do jednego: zarobić jak najwięcej i jak najszybciej. Najlepiej zarabia się na sprzedaży piłkarzy. Sprowadzić tanio, wypromować i drożej sprzedać - to jest główny sens działalności polskich klubów, w niektórych ważniejszy od wyników.
Legia oddała latem trzech zawodników z pierwszej jedenastki: Ariela Borysiuka, Artura Jędrzejczyka i Ondreja Dudę. Nie zatrzymywała też na siłę Stanisława Czerczesowa, który zapisał się w historii, jako trener, który wywalczył w jubileuszowym roku klubu tytuł i Puchar Polski.

Czerczesow był na początku dobrze zapowiadającej się drogi, ale zdawał sobie sprawę, że klub potrzebuje wzmocnień, a po sukcesach jemu i jego sztabowi należy się podwyżka. Właściciele Legii mieli inną, oszczędnościową koncepcję i Czerczesow wrócił do Moskwy.

Ryzyko szefów Legii, wynikające z ich oszczędności (a może i niewielkich kompetencji) opłaciło się. Zatrudnili albańskiego trenera z Belgii i dwóch przeciętnych graczy z Waasland-Beveren. Wszyscy nawzajem dopiero się poznają, więc to nie miało prawa się udać.

A jednak. Legia gra słabo w lidze, odpadła z Pucharu Polski, miała jednak mnóstwo szczęścia, trafiając w eliminacjach do Ligi Mistrzów na przeciwników słabszych od siebie i wykorzystała to wszystko, choć gdyby nie Nemanja Nikolić, nie miałby kto strzelać bramek. Portugalia zdobyła tytuł mistrza Europy, wychodząc z trzeciego miejsca w grupie, a Brazylia - mistrz olimpijski, zaczynała turniej w Rio od dwóch bezbramkowych remisów. Taki jest dziś futbol.

Legia irytuje swoją grą, ale kibicuje jej trzy czwarte Warszawy. Nie jest lubiana poza stolicą, na co wpływ mają historyczne zaszłości i strach przed jej kibicami. Prezes Legii, ze swoim infantylnym tatuażem i  reakcjami, bliższymi obyczajom „Żylety” niż gabinetom poważnych biznesmenów, wzbudza uśmiech zażenowania. Ale to on wygrał, stał się bohaterem dzięki kaprysowi fortuny. To zdanie trochę boli, ale trzeba je napisać: biorąc pod uwagę liczbę trofeów Bogusław Leśnodorski jest najskuteczniejszym prezesem w stuletniej historii Legii.

Mam wrażenie, że klub bardziej cieszy się z milionów euro, jakie wpłyną na jego konto, niż z sukcesu sportowego. To niewątpliwie jeszcze umocni Legię na pierwszym miejscu wszelkich krajowych klasyfikacji. Mam nadzieję, że te pieniądze wydane zostaną w taki sposób, aby Legia liczyła się też w Europie.

Cieszy mnie również, że wreszcie na Łazienkowskiej zobaczymy jesienią wielki europejski futbol. Kiedy 21 lat temu Legia pierwszy raz awansowała do Ligi Mistrzów, UEFA nie chciała początkowo słyszeć o grze na zabytkowym Stadionie Wojska Polskiego. Myślano nawet o przeniesieniu meczów do Berlina. Dziś Warszawa ma dwa nowoczesne stadiony, przy których berlińskie mogą się schować. Gdyby jeszcze miała choć jedną dobrą drużynę.