Reklama

Olimpijska rodzina spod Tatr

Agnieszka Gąsienica-Daniel - niewysoka, ładna dziewczyna z Zakopanego. To jedyna polska alpejka na igrzyskach.

Publikacja: 16.02.2010 22:48

Adam Małysz i Agnieszka Gąsienica-Daniel

Adam Małysz i Agnieszka Gąsienica-Daniel

Foto: Fotorzepa, Raf Rafał Guz

Jest trochę zaskoczona, że ktoś z prasy chce z nią rozmawiać, bo nic wielkiego jeszcze nie osiągnęła. Ma świadomość, że i w Whistler na wiele nie może liczyć, bo konkurencja jest szalona.

Oczy całego alpejskiego świata będą zwrócone na gwiazdy – Amerykankę Lindsey Vonn, Niemkę Marię Riesch i Szwedkę Anję Paerson. Przy nich czuje się malutka, tym bardziej że one, szczególnie Vonn, noszą głowę wysoko.

[srodtytul]Dziadkowie i babcie[/srodtytul]

– Czasami jest tylko zwykły strach. Gdy patrzysz przed siebie i widzisz oblodzoną przepaść, w którą za chwilę runiesz z szybkością ponad 100 km/godz., nogi lekko drżą. One też się boją, jestem o tym przekonana. Jesteśmy tylko ludźmi, a to, co robimy, wymaga, by o tym zapomnieć. Lubię jednak, gdy adrenalina się podnosi, lubię trudne trasy i agresywną jazdę. Taka już jestem i nasz nowy włoski trener Livio Magoni to widzi, więc namawia mnie, bym startowała również w zjeździe – mówi Agnieszka, dziewczyna z Krzeptówek, która w rodzinie ma aż pięciu olimpijczyków.

– Są to dziadkowie: Andrzej, skoczek narciarski – startował na igrzyskach w Oslo (1952) i w Cortinie d’Ampezzo (1956); Józef, specjalista kombinacji norweskiej – olimpijczyk z Grenoble (1968), oraz babcie: Helena Szadkowska – biegaczka ze Squaw Valley (1960), i Maria Lewandowska – alpejka z Cortiny (1956) i Innsbrucku (1964). Ze strony mamy był jeszcze Andrzej Krzeptowski, biatlonista – uczestnik igrzysk w St. Moritz (1928). Razem ze mną jest więc nas szóstka. Wielka szkoda, że mojej olimpijskiej nominacji nie doczekał dziadek Franciszek, skoczek. Byłby bardzo dumny z tego, że tu jestem. On nie zaznał tego szczęścia. Nigdy na igrzyskach nie startował – opowiada o swojej rodzinie Agnieszka.

Reklama
Reklama

Korzystając z wolnego czasu, pojechała z wioski olimpijskiej do miasta, kupiła trochę pamiątek dla najbliższych. Wszyscy jej przecież kibicują. Najwięcej korzysta z rad babci Marii, która też była alpejką, i o trasach czy mniej lub bardziej udanych przejazdach mogą rozmawiać godzinami.

W wiosce olimpijskiej Agnieszka mieszka w pokoju z saneczkarką Eweliną Staszulonek. Gdy zginął gruziński saneczkarz, nie wiedziały, co mają mówić. Obie uprawiają niebezpieczne sporty, w których wypadki się zdarzają.

– Każda z nas ma za sobą cięższy lub lżejszy, a urazów bez liku. Kiedy z ogromną szybkością musisz wejść w zakręt 90 stopni, wszystko się może zdarzyć. Raz wyleciałam z takiego zakrętu jak z procy, poleciałam w siatki. Później długo leczyłam zerwane więzadła. Te najlepsze, Vonn, Riesch czy Paerson, też się rozbijają. Każda chce później wrócić do sportu jak najprędzej, ale nie wszystkie wracają.

[srodtytul]Włoski szlifierz[/srodtytul]

Ona jeździ od dziecka. Dla góralskiej dziewczyny spod Giewontu, do tego z tak usportowionej rodziny, to normalne.

– Miałam trzy latka, gdy zjeżdżałam z Kasprowego. Mama trzymała mnie na lince, bym nie odjechała jej gdzieś na krechę. Małe dzieci nie lubią skręcać. Kochają pędzić przed siebie możliwie najszybciej – wspomina dziecięce czasy.

Reklama
Reklama

Trzykrotnie zdobywała mistrzostwo Polski w slalomie gigancie, raz w slalomie. W ubiegłym roku w Aspen w zawodach Pucharu Świata była 20. Pierwszy przejazd pojechała w miarę ostrożnie, ale w drugim poszła na całość. Była dziesiąta. To już jest coś, co daje nadzieję, że kiedyś dopadnie największe gwiazdy.

– Mam czas, w Soczi powalczę o medal. Tu nie stawiam sobie konkretnych celów. Te, które jeżdżą na końcu, tak jak ja, mają mniejsze szanse, bo trasy są już znacznie wolniejsze.

Chwali sobie współpracę z włoskim trenerem. – Odpowiada mi jego styl. Wcześniejsza długa, bo sześcioletnia, współpraca z Austriakiem Rolandem Bairem nie dawała tyle satysfakcji. Z Włochem, który cierpliwie szlifuje jej technikę, dobrze dogaduje się po angielsku i – co najważniejsze – czuje, że robi wreszcie postępy. Kilka razy była już blisko światowej czołówki. Być może przyjdzie taki czas, że znajdzie się w niej na stałe.

[i]-Janusz Pindera z Vancouver[/i]

Sport
Turniej Czterech Skoczni, Premier League, koszykówka. Co obejrzeć w Sylwestra i Nowy Rok?
Sport
Iga Świątek, Premier League i NBA. Co obejrzeć w święta?
Sport
Ślizgawki, komersy i klubowe wigilie, czyli Boże Narodzenia polskich sportowców
Sport
Wyróżnienie dla naszego kolegi. Janusz Pindera najlepszym dziennikarzem sportowym
Sport
Klaudia Zwolińska przerzuca tony na siłowni. Jak do sezonu przygotowuje się wicemistrzyni olimpijska
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama