Pół roku temu mecz Lecha i Legii był jednostronnym widowiskiem. Gospodarze rozpędzali się po mistrzostwo Polski, a Legia broniła przed spadkiem. Skończyło się wysoką porażką Warszawian 0:4. Teraz spotykały się ze sobą druga i trzecia drużyna w tabeli i chociaż Legia ciągle jest w budowie i gra powyżej swoich możliwości, to miała argumenty, żeby utrudnić rywalom życie. W dodatku Lech jesienią gra w pucharach, a takie połączenie jest zawsze trudne dla polskich zespołów.

Czytaj więcej

Legia – Lech. W Warszawie chcą wyrównać rachunki

Wiadomo było, że Lech jest najgroźniejszy, kiedy jest w natarciu. Jeśli przeciwnik pozwoli piłkarzom z Poznania na rozpędzenie się, to potem może być już za późno na ratowanie sytuacji. Potencjał ofensywny mistrzów Polski, którzy mają w składzie Pablo Rodrigueza, Patrika Walemarka i Leo Bengtssona, jest ogromny, dlatego trener Legii postanowił, że trzeba im piłkę zabrać, zgodnie z tym, czego kiedyś nauczał Polaków Leo Beenhakker: jeśli ty jesteś w ataku, to przynajmniej nie stracisz bramki.

Legia – Lech. Nieudany rewanż przy Łazienkowskiej

Legia, od kiedy trenuje ją Papszun, umie i lubi bronić, a największą siłą tej drużyny jest wysoki pressing. To jest znak rozpoznawczy Warszawian, którym sypią piach w tryby każdemu rywalowi w PKO BP Ekstraklasie. Sprawdzało się to przeciwko słabszym przeciwnikom, ale wydawało się, że Lech będzie umiał te linie obrony obejść.

Gospodarze ruszyli na Lecha od pierwszych minut i nie dawali gościom spokojnie rozgrywać piłki. Obrońcy na ogół musieli ją wybijać daleko, a tam już czekali Rafał Augustyniak, Kamil Piątkowski czy Wojciech Urbański. Piłkarze Lecha byli dziwnie ospali, często podawali niecelnie i przegrywali pojedynki. Być może jeszcze nie zregenerowali się po czwartkowym meczu z Sunderlandem. Gospodarze mieli kilka znakomitych sytuacji: groźnie strzelali Piątkowski, Kacper Chodyna czy Paweł Wszołek, któremu piłkę świetnie podał Urbański.

Lech atakował rzadko, ale groźnie. W pierwszych minutach Bengtsson uciekł Wszołkowi, a tuż przed przerwą Walemark ograł Chodynę i strzelił po ziemi. W przerwie w szatni Lecha musiało być głośno, bo goście ruszyli mocno do przodu, a Walemark pokazał, co to znaczy gwiazda, która wyrasta ponad Ekstraklasę. Szwed ruszył z piłką sprzed własnego pola karnego, nie dał się dogonić Urbańskiemu i Chodynie, podał do Bengtssona, a ten do niepilnowanego Yannicka Agnero, który z bliska pokonał Otto Hindricha.

Lech liderem Ekstraklasy

Legia Papszuna to już jednak inny zespół niż ten, który wiosną poległ w Poznaniu. Nie było spuszczonych głów i oglądania się na kolegów, ale parcie do przodu po wyrównanie. Udało się w 75. minucie po dośrodkowaniu Mateusza Szczepaniaka i strzale głową Bohdana Wjunnyka.

Lech pokazał jednak, że jeśli chce się walczyć o pierwsze miejsce, trzeba mieć w składzie zawodników z odpowiednią jakością. Michał Gurgul popędził lewą stroną, Daniel Haakans dokładnie podał, a rezerwowy Luis Palma wbił piłkę z bliska do bramki.

Lech zrobił swoje, zdobył trzy punkty i jest liderem, chociaż za Poznaniakami trudna jesień, a w następnej kolejce Legia gra na wyjeździe z Górnikiem i mistrzowie Polski mogą jeszcze powiększyć przewagę nad rywalami.