W ubiegłym tygodniu TK pochylał się nad wnioskiem posłów Prawa i Sprawiedliwości. Ci, połykając własny język i wznosząc się na wyżyny hipokryzji, domagali się zakwestionowania przepisów, które lata temu sami przeforsowali. Rzecz dotyczy procedury wyłaniania nowych sędziów TK, a mnie do łez ubawił zwłaszcza postulat, by TK stwierdził, że zakwestionowane przepisy są niezgodne z konstytucją i „tracą moc w dniu poprzedzającym wybór sędziów Trybunału Konstytucyjnego w 2026 r.”. Czyli wybór dokonany właśnie przez obecną większość sejmową. A wszystkie poprzednie (nawet gdy chodziło o dublerów i ich następców) były cacy. No prawnicza finezja, naprawdę.

Wszyscy spodziewali się wyroku po myśli PiS, albo przynajmniej wydania zabezpieczenia, blokującego – w teorii, bo jak wiemy kolejne zabezpieczenia na rządzących nie robią większego wrażenia – objęcie urzędów przez nowych sędziów TK.

A tu niespodzianka, bo TK postanowił podrzucić gorący kartofel dalej, a konkretnie w stronę prezydenta, który ma teraz zająć stanowisko w sprawie przyjęcia ślubowania (zachęcam do lektury analiz dr. Marcina Krzemińskiego i dr. Mateusza Radajewskiego).

Czytaj więcej

Konstytucjonalista: Ślubowanie sędziów TK przed prezydentem to zwyczaj, a nie prawo

Czytaj więcej

TK pyta prezydenta o ślubowanie nowych sędziów. Jest konkretna data

Nie wiem, czy dla Trybunału – obsadzonego z wykorzystaniem skarżonych rozwiązań – wniosek okazał się nie do przyjęcia, czy po prostu TK postanowił grać na przeczekanie. Tak czy inaczej jest to pewna nowość. Szkoda tylko, że doczekaliśmy czasów, w których niewydanie przez sąd konstytucyjny kuriozalnego orzeczenia jest czymś, co zaskakuje i dziwi.

Zapraszam do lektury najnowszego wydania „Tygodnika Prawników”.