Trener zachowuje się, jakby robił komuś na złość. Jego zdaniem w sobotę Euzebiusz Smolarek nie nadawał się do gry, a bardzo by się przydał. Wczoraj, po kilku treningach, już się nadawał. Strzelił bramkę, ponieważ był tam, gdzie powinien.

I pierwszy gest, jaki z radości pokazał, to ruch rąk, oznaczający w języku piłkarskim zmianę zawodnika.

Czy była to aluzja do decyzji Beenhakkera, którego stosunki ze Smolarkiem można nazwać szorstką przyjaźnią?

Zdaje się, że nie tylko on przestał już wierzyć trenerowi. Beenhakker stracił poczucie rzeczywistości, nie potrafi właściwie ocenić możliwości poszczególnych piłkarzy i ich przydatności do drużyny.

Na lewej obronie znowu wystawił Marcina Kowalczyka, który ponownie zagrał słabiutko i był w dodatku wolniejszy od sędziego liniowego. Musiał go zmienić jeszcze przed przerwą, a nie powinien w ogóle wystawiać. Po co czterech obrońców na jednego napastnika San Marino?

Beenhakker postanowił też zrobić z Łukasza Piszczka na siłę środkowego napastnika. O tym, że Piszczek w ogóle grał, zorientowałem się w przerwie, kiedy udzielał wywiadu dla telewizji.

Dobrze przynajmniej, że tym razem w naszym ataku było dwóch zawodników, a nie jeden, jak w spotkaniu ze Słowenią. I dobrze, że wreszcie trener zdecydował się wystawić Roberta Lewandowskiego.

Do wczoraj można było odnieść wrażenie, że o umiejętnościach Lewandowskiego wiedzieli wszyscy poza Beenhakkerem.

Jeśli młody, ambitny zawodnik jest w formie, w każdym kolejnym debiucie strzela bramki (w ekstraklasie, Pucharze UEFA) – to nie jest przypadek.

I dobrze byłoby nie gasić jego zapału.

Ale po meczu ze Słowenią trener powiedział, że Lewandowski jeszcze nie jest przygotowany. Wczoraj już był i znowu zdobył gola. Trener ma prawo nawet do najdziwniejszych decyzji, które robią z niego wroga wszystkich kibiców i dziennikarzy.

Ale ma on rację tylko wtedy, jeśli te decyzje przyczyniają się do zwycięstw.

W takiej sytuacji był trener Aime Jacquet, dopóki Francja nie zdobyła mistrzostwa świata w roku 1998.

Niestety, decyzje Beenhakkera wiodą nas na manowce, bo reprezentacja przechodzi jeden z najgorszych okresów w swojej historii.

Wczorajszy mecz odbywał się w 36. rocznicę zdobycia przez Polskę złotego medalu olimpijskiego, od którego zaczęły się złote lata naszej reprezentacji.

Kazimierz Górski i Kazimierz Deyna przewracają się w grobach. Dzisiejsi reprezentanci mogliby nosić za Deyną buty.