Sezon żużlowy miał przed startem jeden głośny temat – tłumiki. Zalecone od tego roku przez Międzynarodową Federację Motocyklową (FIM) nowe urządzenia mają ograniczyć poziom hałasu na torach o 10 decybeli. Nazywane są ekologicznymi, co brzmi dobrze dla ucha, ale wielu żużlowców, zwłaszcza w Polsce, podniosło bunt.
Sportowcy stwierdzili, że ograniczenie hałasu odbywa się kosztem mocy motocykli, że zmniejszenie wylotu tłumika oznacza fatalne skutki dla przegrzewających się silników, że będą eksplozje i częste awarie, pogorszy się bezpieczeństwo startujących, a także zmniejszy atrakcyjność wyścigów, bo bez mocy nie ma skutecznej jazdy.
W głównej fazie konfliktu padały słowa o polskim bojkocie cyklu Grand Prix, ale poważnie nikt ich nie traktował. Mistrzostwa bez Golloba, z Lesznem, Toruniem i Gorzowem w kalendarzu? Niemożliwe. W tle protestów była oczywista troska zawodników o własną kieszeń, bo zmiany kosztują. FIM była twarda, zagraniczni buntownicy szybko zmienili zdanie, polscy wytrwali dłużej, w naszej lidze wciąż jeździ się po staremu, ale w Lesznie wszyscy pojadą z nowym sprzętem, takim, jakiego chce federacja.
Efektem ubocznym afery jest to, że żużlowcy zaczęli się odchudzać. To w sportach motorowych nie nowość, wszędzie tam, gdzie waży się tylko pojazd, niska waga kierowcy może być dodatkowym atutem. Szwedzi już biją na alarm, że w żużlu, jak kiedyś w skokach narciarskich, gwałtownie przybędzie anorektyków. W Polsce liderem odchudzania jest Janusz Kołodziej (obecna waga ok. 53 kg, wzrost 165 cm), który raz w tygodniu nic nie je, ale zapewnia, że jego dieta ma sens.
Leszno zobaczy pierwsze, co naprawdę oznacza stosowanie nowych tłumików i czy chudzi mogą więcej. Turniej nazywa się oficjalnie 2011 FIM Fogo European Grand Prix, ale nazwa spolszczona: Wielka Nagroda Europy, brzmi lepiej. Żużlowa Europa w Lesznie to jak zawsze Stadion im. Alfreda Smoczyka, 25 tysięcy miejsc, bilety od 600 zł (trybuna VIP) do 65 zł (wiraż na stojąco) oraz niezmienny entuzjazm kibiców dla Tomasza Golloba i pozostałych Polaków.