Pomyłki arbitrów mogą dotknąć każdego, choć oczywiście tych największych prześladują jakby rzadziej. Chyba nikt nigdy nie słyszał o tym, by skrzywdzono Michaela Phelpsa albo Usaina Bolta – po prostu nie wypada.
Pech i ludzki błąd (bo zawsze trzeba wierzyć, że sędziowie popełniają jedynie błędy) dotykają mniejszych, których nie chroni sława. W Londynie na razie jest pod tym względem niezbyt wesoło, bo lista poszkodowanych robi się coraz dłuższa.
Ale jeśli ktoś szuka w niej jakiejś prawidłowości, to raczej jej nie znajdzie. Nie da się jej ułożyć póki co wedle jakiegoś jasnego kryterium: geograficznego czy sportowego.
Są na tej liście i Europejczycy, i sportowcy z Azji, przedstawiciele sportów walki, a nawet gimnastyki. Niektórzy płaczą, inni wolą protestować. Nieszczęście jednych to także sukces innych, więc smutek i płacz mieszają się ze śmiechem i łzami radości.
Najgłośniej w pierwszym tygodniu igrzysk zrobiło się o szpadzistce Shin A Lam. Zawodniczka z Korei Południowej była o krok od awansu do finału, na sekundę przed końcem walki nawet nie musiała się specjalnie starać, mogła uciec w koniec planszy i za chwilę podnieść ręce w geście triumfu.
Plan był prosty, ale się nie powiódł, a przeszkodzili jej w tym sędziowie. W ciągu sekundy pozwolili Niemce cztery razy ponowić atak, aż w końcu trafiła Koreankę. Zrozpaczona zawodniczka usiadła na planszy i nie chciała się stamtąd ruszyć.
Działacze złożyli protest, sędziowie go odrzucili, a potem pomogli zapłakanej dziewczynie zejść do szatni. Nie wiadomo było, czy Shin A Lam zechce się bić o brązowy medal. W końcu wyszła do walki, ale jak się łatwo domyślić, przegrała.
Tak często bywa, że gdy wielki sukces wymyka się z rąk w ostatniej chwili, to później ciężko zebrać siły do jeszcze jednego zrywu, by nie zostać z pustymi rękami.
Wie coś o tym Paweł Zagrodnik. Polski judoka był o krok od nawiązania do pięknych tradycji Waldemara Legienia czy Pawła Nastuli. W walce o brązowy medal z Japończykiem Masashim Ebinumą wykonał akcję, którą sędziowie najpierw ocenili na ippon, dający zwycięstwo przed czasem, a potem zmienili swoją decyzję. Doszło do dogrywki, w której górą był już Japończyk.
Ebinuma powinien z wdzięcznością myśleć o londyńskich arbitrach, bo przedłużali mu w turnieju życie dwa razy, holując do szczęśliwego końca.
W ćwierćfinale sędziowie najpierw ogłosili po dogrywce (zakończonej remisem) zwycięstwo Koreańczyka Cho Jun-Ho, ale zreflektowali się, że coś jest nie tak i naradzili się raz jeszcze. Chwilę później orzekli, że jednak wygrał Japończyk. Publiczność gwizdała.
Podobną sytuację przeżyli również japońscy gimnastycy, tylko że w tej sytuacji sędziowie słusznie naprawili swój błąd. Kohei Uchimura za ćwiczenia na koniu z łękami dostał zbyt niską notę, którą później zweryfikowano. Japończycy przesunęli się z czwartego na drugie miejsce w końcowej klasyfikacji.
Niemal do absurdu doszło w turnieju bokserskim. I tu, zbiegiem okoliczności, znów w głównej roli wystąpił Japończyk. Satoshi Shimizu najpierw tłukł w Magomeda Abdulhamidowa jak w bęben, posyłając go sześć razy na deski, a później ze zdziwieniem zobaczył, jak sędzia ringowy unosi rękę Azera na znak zwycięstwa.
Abdulhamidow nie był w stanie się cieszyć z przyznanego zwycięstwa, ani nawet zejść o własnych siłach z ringu. Japończycy złożyli protest, który sędziowie szczęśliwie tym razem rozpatrzyli pozytywnie. Dzięki temu udało się uniknąć przynajmniej jednej farsy.
Japończyk słysząc o zmianie decyzji, tylko gorzko się uśmiechnął. Przeszedł do następnej rundy, ale przypomniał, że cztery lata wcześniej w Pekinie też miał z sędziami ciężką przeprawę. Pewne rzeczy chyba się nie zmieniają.