Droga Vettela do historii okazała się bardziej wyboista, niż przypuszczano. Kończący sezon wyścig o Grand Prix Brazylii zaczął się dla Niemca dramatycznie.
Ruszał z czwartego pola, ale już na pierwszym okrążeniu uszkodził samochód po kolizji z Bruno Senną i spadł na koniec stawki, a Fernando Alonso awansował z siódmej na trzecią pozycję. Przed startem Hiszpan przyznawał, że potrzebuje szalonego wyścigu, by odebrać rywalowi tytuł.
W niedzielę musiał być na podium, Vettelowi bez względu na wynik kierowcy Ferrari wystarczało czwarte miejsce. Przez chwilę wydawało się, że spełnia się marzenie Alonso. Nerwy puszczały kierowcom i mechanikom, zaczął padać deszcz, nie brakowało kolizji i wycieczek na pobocze. Ale Vettel również na tym chaosie korzystał, szybko odrabiał straty, już po dziewięciu okrążeniach był na szóstej pozycji, po 24 i neutralizacji – na piątej, za plecami Alonso. Losy tytułu ważyły się prawie do samego końca. W pewnym momencie Vettel miał tylko punkt przewagi nad Alonso w klasyfikacji generalnej. Wjeżdżali na metę za samochodem bezpieczeństwa: Hiszpan drugi, Niemiec szósty. Wygrał Jenson Button.
Vettelowi gratulował żegnający się z F1 Michael Schumacher (na torze Interlagos siódmy, na koniec sezonu 13.). Tylko oni i Argentyńczyk Juan Manuel Fangio zdobywali mistrzostwo przynajmniej trzy razy z rzędu. Vettel po pierwsze sięgnął z „Randy Mandy", po drugie z „Niegrzeczną Kylie", po trzecie z „Abbey".
O tym, że nazywa swoje bolidy żeńskimi imionami, a po każdym zwycięstwie przykleja na nich uśmiechnięte buźki, wiedzą wszyscy. Jego charakterystycznie unoszony palec po wygranych wyścigach też każdy widział (nie brak żartów, że gdyby go ubezpieczył, byłby wart więcej niż pupa Jennifer Lopez). Ale jest jeszcze kilka faktów z jego życia szerszej publiczności mniej znanych.