W pierwszej piątce zawody ukończyli kierowcy pięciu różnych ekip – na dodatek każdy z nich może się pochwalić co najmniej jednym tytułem mistrza świata.
– Wyścig był szalony, w kilku momentach trudno było się zorientować, o co chodzi – mówił zadowolony zwycięzca, który po starcie z trzeciego pola od razu przebił się na drugie miejsce, a na piątym okrążeniu wyprzedził ruszającego z pole position Lewisa Hamiltona. Kilku kierowców – w tym mistrz świata Sebastian Vettel, który w kwalifikacjach był dopiero dziewiąty – rozpoczęło wyścig na twardszych oponach. Dzięki temu mogli o wiele później zjechać na pierwszą zmianę kół, mieszając się ze ścisłą czołówką. Stąd Alonso miejscami walczył na torze z kierowcami McLarena czy Nico Hulkenbergiem z Saubera, który nawet przez kilka okrążeń prowadził w wyścigu.
Ostatecznie kierowca Ferrari oddalił się od rywali na ponad 10 sekund i zapisał na swoje konto 31. zwycięstwo w karierze – więcej mają tylko największe sławy Formuły 1, czyli Michael Schumacher, Ayrton Senna i Alain Prost. Za nim walka o pozostałe pozycje na podium trwała do ostatnich metrów. Hamilton, cierpiący z powodu szybciej zużywających się opon w swoim Mercedesie, spadł za Kimiego Raikkonena, a w końcówce obaj musieli uważać na szarżującego Vettela.
Kierowca Red Bulla kończył wyścig na miękkim ogumieniu, które założył dopiero pięć okrążeń przed metą. Wyjechał z boksów z dziesięcioma sekundami straty do Hamiltona, ale na ostatnim okrążeniu był o włos od odebrania Anglikowi miejsca na podium. Wyprzedziłby go na dwa zakręty przed metą, gdyby nie drobny błąd przy wyjściu na długą prostą. Po 90 minutach ścigania obu rywali dzieliło tylko 0,2 sekundy, a drugi na mecie Raikkonen pokonał ich o 2,5 sekundy.
Za sprawą zróżnicowanej strategii i doboru opon wyścig o Grand Prix Chin pokazał, że emocje w Formule 1 nie ograniczają się do samego startu, pierwszego zakrętu i wizyt na stanowiskach serwisowych. W trzech dotychczas rozegranych wyścigach za każdym razem triumfował inny kierowca – w Australii Raikkonen, w Malezji Vettel i teraz Alonso. O tym, czy ta lista nie wydłuży się do czterech nazwisk, przekonamy się już w najbliższy weekend podczas Grand Prix Bahrajnu.