W czasach siermiężnego socjalizmu mistrzostwa Europy i świata w łyżwiarstwie figurowym to było święto całych rodzin, które zasiadały przed czarno-białymi telewizorami. Polacy nie odgrywali nigdy czołowych ról, argument o kibicowaniu patriotycznym odpada (tym bardziej że worki medali zdobywali zawodnicy z ZSRR), a jednak taniec na lodzie był atrakcją nawet dla tych, którzy inne sporty mieli w pogardzie. Może nawet przede wszystkim dla nich. Telewizja tę potrzebę czuła i ją zaspokajała. Nie tylko w Polsce.
Na mistrzostwach świata poznałem kiedyś dziennikarza z Grecji, który powiedział mi, że jego codzienna specjalizacja to teatr i balet, a dwa razy w roku łyżwiarstwo figurowe.
Odrobinę upraszczając, można powiedzieć, że łyżwiarze zawsze dzielili się na dwie kategorie – tych, którzy wygrywali dzięki atutom czysto sportowym (do tej grupy należeli nasi medaliści Grzegorz Filipowski i małżeństwo Siudków ), oraz aktorów na lodzie. Ci ostatni opowiadali w swoich programach fascynujące historie, z monologiem Hamleta włącznie, i byli przez tych pierwszych uznawani za postacie z trochę innej bajki.
Czasami dochodziło do skrajności, szczególnie w tańcach.
Pamiętam, jak podczas mistrzostw Europy w Pradze (1988) swój pierwszy porywający program zaprezentowało rodzeństwo Duchesnay z Francji. Publiczność wstrzymała dech, a potem wybuchła owacja. Sędziowie ocenili ten występ jako niezwykły, tylko jedna kulturalna pani miała inne zdanie i dała oceny bodaj 4,5–4,6 pkt, gdyż uznała taki taniec przy akompaniamencie afrykańskich bębnów za odstępstwo od regulaminu. Była to polska sędzina, którą zakrzyczano i obśmiano. Dyskusja odbywała się jednak w najpoważniejszych gazetach Europy, wszystkich to obchodziło.
Gdy przed igrzyskami w Lillehammer (1994) chuliganka łyżwiarstwa Tonya Harding wynajęła zbirów, by złamali nogę jej najgroźniejszej rywalce Nancy Kerrigan, ich olimpijski start chciała zobaczyć cała Ameryka.
Sędziowskie kontrowersje były zawsze elementem tego sportu. Gdy na jaw zaczęły wychodzić pospolite oszustwa (igrzyska w Salt Lake City – 2002), zmieniono zasady punktowania i może jest uczciwiej, ale mało kto rozumie, o co chodzi. To jest bez wątpienia istotny powód regresu, odejścia widzów i sponsorów. Dlatego szef Międzynarodowej Unii Łyżwiarskiej Ottavio Cinquanta proponuje kolejne zmiany – będzie można jeździć przy akompaniamencie piosenek, a nie tylko muzyki, zniknie chyba program skrócony.
Wszystko po to, by ratować sport, który przestał pasować do świata właśnie wtedy, gdy nowoczesna technika pozwala pokazać całe jego piękno.
Ale żadne pudrowanie już nie pomoże, chyba że wróci Tonya Harding, lodowisko zamienimy w klatkę, a łyżwiarze będą mieli obowiązkowe tatuaże na łysinie i wargi przebite ćwiekami.