Przepowiednia, która się spełniła

Dwadzieścia lat temu na włoskim torze Imola zginął Ayrton Senna. Ten wypadek odmienił Formułę 1.

Publikacja: 01.05.2014 20:47

Ayrton Senna do dziś jest w Brazylii legendą. Na jego pogrzeb przyszły 3 miliony ludzi

Ayrton Senna do dziś jest w Brazylii legendą. Na jego pogrzeb przyszły 3 miliony ludzi

Foto: AFP

W ten weekend zginął nie tylko Brazylijczyk, trzykrotny mistrz świata, lecz także debiutant Roland Ratzenberger.

– Samochody stały się bardzo szybkie i trudne w prowadzeniu. To będzie sezon, w którym dojdzie do wielu wypadków, i zaryzykuję stwierdzenie, że będziemy mieli szczęście, jeśli nie wydarzy się coś naprawdę poważnego – mówił w roku 1994 Ayrton Senna. Niestety, miał rację...

Brazylijczyk po sześciu sezonach w McLarenie przeniósł się do Williamsa, dysponującego najlepszym samochodem i najlepszymi silnikami Renault. Wydawało się, że nikt mu nie zagrozi: dawni rywale Nigel Mansell i Alain Prost odeszli z F1, a młodzi gniewni – jak Michael Schumacher – dopiero musieli potwierdzić swoją klasę.

Szczęśliwa śmierć

Trzeci wyścigowy weekend sezonu 1994 przypominał koszmar. W piątek groźnie wyglądającemu wypadkowi uległ Rubens Barrichello. Brazylijczyk, który później pobił rekord w liczbie startów w F1, doznał złamania przegrody nosowej i kontuzji ręki.

Ratzenberger nie miał tyle szczęścia. 33-letni Austriak spełnił marzenie swojego życia, dostając się wreszcie do Formuły 1. Dzięki wsparciu sponsorów znalazł miejsce w ekipie Simtek, która także stawiała pierwsze kroki w mistrzostwach świata.

Osiemnaście minut po rozpoczęciu sesji kwalifikacyjnej granatowy samochód pojechał na wprost w bardzo szybkim łuku im. Gilles'a Villeneuve'a. Zawiniło nadwerężone wcześniejszym wyjazdem poza tor przednie skrzydło, które chwilę przed wypadkiem odpadło od samochodu. Uderzenie w mur nastąpiło przy prędkości ponad 300 km/h.

– Może to zabrzmieć okrutnie, ale Roland umarł jako szczęśliwy człowiek. Marzył o jeździe w Formule 1 i udało mu się to osiągnąć – wspominał ojciec kierowcy Rudolf Ratzenberger.

"Ayrton myśli, że nie może zginąć, bo wierzy w Boga. To bardzo niebezpieczne dla innych kierowców." Alain Prost, główny rywal Senny

Mimo tragedii niedzielny wyścig rozpoczął się zgodnie z planem. Senna ruszał z pole position – po raz 65. w karierze. Już na prostej startowej doszło do kolejnej kraksy: JJ Lehto nie ruszył z miejsca, a na stojący samochód z impetem wpadł Pedro Lamy. Oderwane koła poszybowały poza siatkę i raniły czterech widzów oraz policjanta. Na tor wyjechał samochód bezpieczeństwa, a tuż po zakończeniu neutralizacji biało-granatowy williams Ayrtona Senny wypadł z toru na szybkim łuku Tamburello.

Zawody przerwano, helikopter przewiózł śmiertelnie rannego mistrza do szpitala w Bolonii. Wznowiony wyścig wygrał Michael Schumacher, ale zanim do tego doszło, źle dokręcone koło w samochodzie Michele Alboreto zraniło trzech mechaników Ferrari i dwóch Lotusa. Po takim weekendzie wszyscy mieli dość Formuły 1.

Wygrywanie to narkotyk

Można się spierać, czy Senna był najwybitniejszym kierowcą w historii. Na pewno, tak jak bliższy naszym czasom Schumacher, wywoływał skrajne emocje. Kibice go uwielbiali za talent, przyrównywany przez samego kierowcę do boskiego daru. Inni właśnie za to go nienawidzili: za poczucie, że jest niezwyciężony, za chęć wygrywania za wszelką cenę.

– Ayrton ma problem. Myśli, że nie może zginąć, bo wierzy w Boga. Uważam, że to bardzo niebezpieczne dla innych kierowców – powiedział kiedyś jego wielki rywal Alain Prost. – Drugie miejsce to pierwsze wśród przegranych – mawiał z kolei Senna. – Wygrywanie jest jak narkotyk. Nie potrafię się zadowolić drugim czy trzecim miejscem.

Dlatego bezkompromisowo rozstrzygał pojedynki na torze: zdarzało mu się spychać rywali, doprowadzać do takich kolizji jak z Prostem na pierwszych metrach Grand Prix Japonii 1990. To był rewanż Senny za incydent sprzed roku, kiedy zderzenie z Francuzem pozbawiło go mistrzostwa świata.

Pytania do lekarza

Ale Senny nie zaślepiało przeświadczenie o tym, że jest najlepszy i zwycięstwa po prostu mu się należą. Choć uważał, że inni kierowcy nie są w stanie mu dorównać pod względem szybkości, w krytycznych sytuacjach okazywał więcej współczucia i ludzkich odruchów niż niejeden zapatrzony w siebie rywal.

Wielu debiutantów wspominało z zaskoczeniem, że mistrz świata sam zaczynał z nimi rozmowy i niejako witał w wyścigowej rodzinie, podczas gdy inni doświadczeni, znacznie mniej utytułowani kierowcy nie zniżali się do rozmów z nowicjuszami.

Przejmował się też bezpieczeństwem. Kiedy podczas treningów przed Grand Prix Hiszpanii 1990 wypadkowi uległ Martin Donnelly – jego lotus praktycznie rozpadł się na kawałki – Senna przyglądał się akcji ratunkowej i później wypytał Sida Watkinsa, lekarza F1, o wszystkie czynności wykonywane tuż po kraksie przy rannym kierowcy.

Nauka nie poszła w las – dwa lata później Brazylijczyk jako jedyny zatrzymał się przy rozbitym samochodzie Erika Comasa. Zorientował się, że silnik cały czas pracuje, a Francuz jest nieprzytomny. Wyłączył zasilanie, eliminując ryzyko pożaru czy eksplozji, po czym ostrożnie podtrzymywał głowę nieprzytomnego kierowcy do czasu przyjazdu ekipy ratowniczej. Comas po latach przyznał, że być może zawdzięcza Sennie życie.

Ayrton pochodził z zamożnej rodziny, a potem dorobił się fortuny na startach w Formule 1. Mimo to nie zapominał o tych rodakach, którzy mieli mniej szczęścia. Wspierał najbiedniejsze dzieci ze slumsów w jego rodzinnym Sao Paulo czy Rio de Janeiro.

Bez przesady można stwierdzić, że w ojczyźnie był ikoną – nie tylko ze względu na sportowe osiągnięcia. W ostatniej drodze na cmentarz Morumbi w Sao Paulo towarzyszyły mu 3 miliony Brazylijczyków.

Dzień później 25 osób na cmentarzu w Salzburgu żegnało Ratzenbergera. Obaj zginęli, robiąc to, co kochali. Jeden z nich ledwo posmakował wyścigów na najwyższym szczeblu, drugi był legendą.

Czarny garnitur

Weekend na Imoli na zawsze zmienił Formułę 1. Uśpione wieloma sezonami względnego spokoju władze tego sportu zdały sobie sprawę, że w walce o poprawę bezpieczeństwa nie można spoczywać na laurach.

Wprowadzono bardziej rygorystyczne testy zderzeniowe, poprawiono zabezpieczenie kokpitu, wzmocniono kaski (bezpośrednią przyczyną śmierci Senny było przebicie kasku przez element zawieszenia), zmodyfikowano najbardziej niebezpieczne zakręty na wszystkich torach.

Pojawiły się tak pozornie oczywiste przepisy, jak ograniczenie prędkości w alei serwisowej.

Gdyby nie te zmiany, Robert Kubica nie przeżyłby kraksy podczas Grand Prix Kanady 2007. Felipe Massa nie uszedłby z życiem z wypadku podczas kwalifikacji do GP Węgier 2009, kiedy w jego kask uderzył element zawieszenia „zgubiony" przez inny samochód. Fernando Alonso mógłby zginąć w GP Brazylii 2003.

Mija właśnie 20 lat od ostatniego śmiertelnego wypadku kierowcy na torze Formuły 1 – pamiętajmy, że poprzednio taka seria trwała 12 sezonów i niestety się skończyła.

Troski o bezpieczeństwo nigdy dość, niech nie wrócą czasy, gdy śmierć była nieodłączną towarzyszką kierowców, a Jackie Stewart (trzykrotny mistrz świata z przełomu lat 60. i 70.) mówił, że na wyścigi zabierało się zawsze czarny garnitur.

W ten weekend zginął nie tylko Brazylijczyk, trzykrotny mistrz świata, lecz także debiutant Roland Ratzenberger.

– Samochody stały się bardzo szybkie i trudne w prowadzeniu. To będzie sezon, w którym dojdzie do wielu wypadków, i zaryzykuję stwierdzenie, że będziemy mieli szczęście, jeśli nie wydarzy się coś naprawdę poważnego – mówił w roku 1994 Ayrton Senna. Niestety, miał rację...

Pozostało jeszcze 94% artykułu
Sport
Sportowcy spotkali się z Andrzejem Dudą. Chodzi o ustawę o sporcie
Sport
Czy Andrzej Duda podpisze nowelizację ustawy o sporcie? Jest apel do prezydenta
Sport
Dlaczego Kirsty Coventry wygrała wybory i będzie pierwszą kobietą na czele MKOl?
Sport
Długi cień Thomasa Bacha. Kirsty Coventry nową przewodniczącą MKOl
Materiał Partnera
Konieczność transformacji energetycznej i rola samorządów
SPORT I POLITYKA
Wybory w MKOl. Czy Rosjanie i Chińczycy wybiorą następcę Bacha?