Kilka dni po tym, jak Juan Pablo Montoya wpadł swoim samochodem w cysternę podczas wyścigu na torze Daytona, wywołując wielki pożar, do formuły Indycar dołączył Rubens Barrichello. Obu łączy przeszłość w Formule 1 i odnoszone tam sukcesy. W pewnym momencie dni chwały jednak się skończyły, trzeba było znaleźć nowy pomysł na życie.
Montoya twierdził, że to był świadomy wybór i zapewniał, że jest podekscytowany perspektywą występów w USA. Ale nie warto mu wierzyć, bo robił dobrą minę do złej gry. Kto świadomie zamieniłby największy i najbogatszy cyrk medialno-sportowy na wyścigi na amerykańskiej prowincji dla kibiców objadających się wołowiną.
Kiedy sześć lat temu jako kierowca zespołu McLaren Mercedes ogłosił, że przenosi się do serii NASCAR, chodziło raczej o brak perspektyw w Formule 1. Montoyi kończył się kontrakt z McLarenem, a że ostatni sezon miał nie najlepszy, brytyjski zespół dałby mu pewnie wolną rękę w poszukiwaniu nowego pracodawcy. Gdzie jednak miałby się udać Kolumbijczyk, który nigdy nie rozgrzewał wyobraźni kibiców i sponsorów, a akurat wtedy do Formuły 1 dołączała gromada utalentowanych kierowców z Robertem Kubicą na czele.
Miejsce w zespole pokroju Spykera czy Super Aguri go nie interesowało, więc zdecydował się na ucieczkę do przodu. Odwrotnie niż Barrichello, który trzymał się Formuły 1 rękami i nogami. Po słabym sezonie w barwach Williamsa szukał nowego teamu mimo 39 lat na karku.
Dopiero gdy zabrakło dla niego miejsca, spojrzał na Amerykę. Znalazł sponsora, koncern Brasil Maquinas, i został zawodnikiem zespołu KV Racing Technology. W odróżnieniu od Montoyi nie wybrał jednak wyścigów samochodów, przesiądzie się do bolidu, tyle że trochę innego.