Kilkanaście lat temu wydawałoby się to abstrakcją, ale obecnie Grand Prix Chin jest stałym elementem kalendarza Formuły 1, mimo że większość Chińczyków nie ma bladego pojęcia o wyścigach i nie może sobie pozwolić na kupno biletu.
Choć rządzący komercyjną stroną F1 Bernie Ecclestone żąda od Chińczyków horrendalnych sum za przywilej organizowania Grand Prix, a wpływy ze sprzedaży biletów są minimalne, zawody na przemysłowych, zasnutych smogiem przedmieściach Szanghaju będą się odbywały przynajmniej do 2017 roku.
Pierwsze edycje GP Chin cieszyły się sporym zainteresowaniem, ale od paru lat zbudowany z rozmachem obiekt świeci pustkami.
Na części trybun organizatorzy umieszczają ogromne reklamy – dwa lata temu były to napisy informujące o odbywającej się w Szanghaju wystawie Expo – ale dla światka Formuły 1, przyzwyczajonego do tłumu fanów na większości europejskich torów, śladowe zainteresowanie lokalnych kibiców jest szokujące.
Ale sam tor jest ciekawy – zacieśniający się pierwszy zakręt wymaga od kierowców precyzji w jednoczesnym operowaniu hamulcem i kierownicą, a zakończona nawrotem długa prosta w końcówce okrążenia ułatwia wyprzedzanie.