Kibice na trybunach cieszyli się, bo Jarosław Hampel, zawodnik Unii Leszno, w finale był na prowadzeniu. Zapowiadało się wielkie święto, ale Gollob też chciał wygrać. Ruszył spod bandy i natarł na Hampela, startującego po wewnętrznej. Między nimi byli jeszcze Chris Holder i Szwed Andreas Jonsson, ale zostali zablokowani na wirażu.
Gdyby finał inaczej się ułożył, Gollob zapewne dostałby brawa, a kibice skandowaliby jego nazwisko, chociaż jest zawodnikiem Stali Gorzów. Ale wolał zaatakować, bo nie znosi być drugi, a Hampel (za metą skarżył się, że Polacy powinni się szanować) zapomniał, że to są indywidualne mistrzostwa świata i tutaj każdy jedzie na swój rachunek.
Gollob przypomniał mu o tym na trzecim okrążeniu. Pojechał szeroko, zamknął Hampelowi drogę przy bandzie i był pierwszy. Wtedy rozległy się gwizdy i wrogie okrzyki, bo prowadził nie ten Polak, który powinien, a w dodatku lukę dla siebie znalazł Holder i zepchnął Hampela na trzecie miejsce.
To nie był koniec. Zostało jeszcze ostatnie okrążenie, na którym Gollob dał się wyprzedzić Australijczykowi. Wtedy rozległy się brawa – lepiej, żeby wygrał obcy, niż ten nie do końca swój. Gollob skończył zawody drugi i za metą ironicznie przepraszał, że chciał wygrać.
Hampel był trzeci i na otarcie łez pozostało mu pierwsze miejsce w klasyfikacji generalnej mistrzostw świata, bo tym razem słabo spisał się Greg Hancock. Mistrz świata swój udział w Grand Prix zakończył na półfinale.