Przejść na emeryturę chciał już sześć lat temu, po zwycięstwie w Grand Prix Włoch. Stwierdził wtedy, że poświęci swój czas rodzinie i podziękował jej - a także zespołowi Ferrari - za wsparcie. O swoich najbliższych, przede wszystkim o żonie, nie zapomniał także i teraz - przyznając jednocześnie, że trzyletnia przygoda z Mercedesem nie przyniosła sukcesów. - Bez wątpienia nie udało nam się osiągnąć zakładanych celów i zbudować mistrzowskiego samochodu - przyznał.
Gdy wracał z wcześniejszej emerytury, właśnie pod skrzydłami niemieckiego producenta, który pomagał mu w początkach kariery, stawiał sobie za cel zdobycie kolejnego tytułu. Rzeczywistość okazała się brutalna.
Niemiec debiutował w Formule 1 w 1991 roku. Na pierwszy triumf w Grand Prix czekał zaledwie rok, a już w trzecim pełnym sezonie startów został mistrzem świata. Obronił tytuł i w glorii najmłodszego podwójnego mistrza przeszedł z Benettona do Ferrari. Razem z włoską ekipą zdominował tory w latach 2000-2004.
Jednak po trzyletniej przerwie, w czasie której Schumacher uprzyjemniał sobie rodzinną sielankę startami na motocyklach, druga kariera w niczym nie przypominała pierwszej. W ciągu trzech lat tylko raz stanął na podium, a rywalizację wewnątrz zespołu wyraźnie przegrywał z Nico Rosbergiem - młodszym o 16 lat rodakiem, który nie jest uznawany za równie utalentowanego kierowcę co Fernando Alonso, Lewis Hamilton czy Sebastian Vettel.
Schumacher w styczniu tego roku skończył 43 lata i jest to jeden z głównych powodów, dla których po powrocie nie był w stanie nawiązać do dawnych sukcesów. Inżynierowie Mercedesa nieoficjalnie mówili, że stary mistrz znacznie odstaje od młodszego kolegi w szybkich, wymagających większej odwagi i skupienia zakrętach. Potwierdzają to jego wyniki - sukcesy odnosił głównie na ulicznych torach, krętych i dość wolnych. W Monako wygrał w tym roku kwalifikacje, a w Walencji stanął na podium.