Sebastiana Vettela i Fernando Alonso dzieli 13 punktów: niby dużo, ale nie od dziś wiadomo, że wyścigi są sportem nieprzewidywalnym.
Sezon 2012 od samego początku to potwierdzał. W pierwszych siedmiu wyścigach za każdym razem triumfował inny kierowca i na najwyższym stopniu podium stawali nie tylko faworyci - Vettel, Alonso czy Lewis Hamilton, ale także zawodnicy ze środka stawki: Nico Rosberg i Pastor Maldonado.
Kibice mogli zapomnieć o nudnej dominacji ekipy Red Bull i Vettela, który w zeszłym roku wygrał 11 z 19 Grand Prix i zapewnił sobie drugi z rzędu mistrzowski tytuł na długo przed zakończeniem sezonu. Pozornie drobna zmiana przepisów dotyczących układu wydechowego boleśnie uderzyła w nową potęgę Formuły 1: inne położenie rur wydechowych sprawiło, że Red Bull stracił część przewagi aerodynamicznej i w pierwszej fazie sezonu 2012 rywale to wykorzystywali.
Gwiazdą pierwszej połowy mistrzostw był Alonso, choć bezustannie narzekał na kiepskie tempo swojego Ferrari i trzeba przyznać, że pretensje pod adresem inżynierów z Maranello były słuszne. Czerwone samochody ustępowały szybkością nie tylko Red Bullom czy McLarenom, ale także Mercedesom, Lotusom i innym zespołom środka stawki. Za sukces uznawano wywalczenie pola startowego w pierwszej dziesiątce, ale w wyścigach – zwłaszcza deszczowych – kunszt Alonso pozwalał nadrobić niedostatki konstrukcyjne.
Hiszpan jako pierwszy zapisał na swoje konto dwa zwycięstwa i na półmetku sezonu miał aż 44 punkty przewagi nad Vettelem, którego w klasyfikacji mistrzostw wyprzedzał jeszcze zespołowy partner z Red Bulla, Mark Webber. Jednak Ferrari cały czas nie mogło sobie poradzić ze zwiększeniem tempa samochodu. Okazało się, że nowe elementy, mające poprawić osiągi auta, tak naprawdę je pogarszały. Wadliwie skalibrowany tunel aerodynamiczny sprawił, że obiecujące wyniki z testów w fabryce nie przekładały się na zysk na torze.