Żużel to sport z natury niebezpieczny. Bolesne kontuzje są jego nieodłączną częścią. Kibiców na trybuny i przed telewizory przyciąga nie tylko niesamowita widowiskowość tej dyscypliny, ale często także spektakularne wypadki. Wydawać się może, że podczas wyścigów upadają zwykle zawodnicy niedoświadczeni lub słabi technicznie, którzy nie potrafią opanować motocykla. Nic bardziej mylnego. Również najlepsi żużlowcy na świecie padają ofiarami nierówności toru czy brawury rywali. Potwierdza to tegoroczna Grand Prix. W tym sezonie poważne kontuzje są domeną zawodników walczących o najwyższe cele.
Seria nieszczęść zaczęła się 4 maja podczas GP Szwecji w Goeteborgu. Były to trzecie zawody cyklu. Po dwóch pierwszych turniejach drugie miejsce w klasyfikacji generalnej zajmował młody Australijczyk – Darcy Ward. Tego dnia obchodził 21. urodziny. Chciał zrobić sobie najwspanialszy prezent z możliwych i wygrać pierwszy wyścig GP w życiu. Gdyby jego plan się powiódł, awansowałby na pozycję lidera. Lecz szwedzki tor nie miał ochoty rozdawać podarunków. W szóstym biegu Ward próbował wyprzedzić swojego rodaka, Chrisa Holdera. Stracił panowanie nad motocyklem i wpadł w bandę. Długo się nie podnosił. Odjechał karetką do szpitala. Diagnoza była fatalna – złamana łopatka. Młody Australijczyk musiał odpoczywać od żużla siedem tygodni. W cyklu GP wystartował ponownie w ubiegłą sobotę w Kopenhadze. O takim powrocie marzyłby każdy – Ward wygrał pierwsze zawody w karierze. Chociaż przed GP Danii narzekał, że jego ręka wciąż jest sztywna i nie zachowuje się tak, jak dawniej. Australijczyk zapewnia, że mimo długiej przerwy nie ma zamiaru się poddać i będzie walczył. Jeśli nie o mistrzostwo świata (które przed sezonem wielu mu wróżyło), to o miejsce w pierwszej ósemce, które zapewni prawo startu w przyszłorocznej GP.
Tor w Goeteborgu nie oszczędził również Nickiego Pedersena. W półfinale zawodów trzykrotny mistrz świata zderzył się z Taiem Woffindenem. Duńczyk niepokojąco długo nie mógł wstać. Gdy w końcu stanął na nogi, trzymał się za lewy nadgarstek. Mimo bólu przystąpił do powtórki biegu. Zajął w niej drugie miejsce. W finale był trzeci. Prześwietlenie wykonane po turnieju pokazało złamanie kości. Pedersen jednak nie zrezygnował z jazdy. Doszedł do wniosku, że przez pełną rehabilitację straciłby zbyt dużo punktów. Z uszkodzoną ręką wystąpił we wszystkich zawodach cyklu. Kontuzja nie przeszkodziła mu w uzyskiwaniu dobrych wyników. W Pradze, dwa tygodnie po wypadku, ponownie zajął trzecie miejsce. Później forma żużlowca zaczęła słabnąć. Jednak Duńczyk swojej kiepskiej dyspozycji nie upatruje w urazie, ale niewłaściwie przygotowanym sprzęcie. Obecnie Pedersen jest piąty w klasyfikacji generalnej. Twierdzi, że już pogodził się z myślą, że nie zdobędzie po raz czwarty mistrzowskiego tytułu. Zastanawia się także, czy nie zrezygnować ze startów w GP w przyszłym sezonie.
1 czerwca do grona pechowców dołączył Brytyjczyk Tai Woffinden. Przed GP Wielkiej Brytanii w Cardiff tracił jeden punkt do lidera klasyfikacji generalnej – Emila Sajfutdinowa. Nadarzyła się okazja, aby zająć miejsce Rosjanina. 23-latek, niesiony dopingiem swojej publiczności, w trzech wyścigach zdobył dziewięć punktów. Stawało się jasne, kto wygra turniej w Cardiff. Ale w biegu 14. Brytyjczyk zahaczył o motocykl Nickiego Pedersena i upadł. Ze stadionu zabrała go karetka. Jeszcze w drodze do szpitala napisał na twitterze „już wiem, że złamałem obojczyk". Kibice spodziewali się, że czeka go przerwa równie długa jak Darcyego Warda. Jednak Woffinden poszedł w ślady kolegi z Danii. Jeździł mimo bólu. Ryzyko i poświęcenie przyniosły spodziewany efekt. W Gorzowie zawodnik Betardu Sparty Wrocław był trzeci, w Kopenhadze szósty. Dzięki swojej decyzji jest wiceliderem klasyfikacji generalnej i wciąż ma szanse na mistrzostwo świata.
Tor w Kopenhadze był szczęśliwy dla Woffindena, ale inni żużlowcy nie będą go dobrze wspominać. Na fatalne przygotowanie nawierzchni narzekała większość zawodników. Kibice zgromadzeni na stadionie PARKEN oglądali mnóstwo upadków. Zaniedbania organizatorów zdrowiem przypłacili dwaj Szwedzi – Fredrik Lindgren i Andreas Jonsson. Jonsson upadł w trzecim biegu i złamał łopatkę. Czeka go kilka tygodni rehabilitacji. Możliwe, że jego przerwa będzie trwała dłużej niż Darcyego Warda. Podczas 19. wyścigu Fredrik Lindgren nie opanował motocykla i uderzył w bandę. Na początku podejrzewano złamanie ręki, ale w szpitalu okazało się, że to „jedynie" otwarta rana. Jonsson na pewno nie pojedzie w zbliżających się półfinałach drużynowych mistrzostw świata. Występ Lindgrena stoi pod znakiem zapytania. Dla reprezentacji Szwecji to fatalna wiadomość, tym bardziej, że Antonio Lindback nie może odnaleźć formy z ubiegłego roku.