Korespondencja z Barcelony
Brytyjczyk wygrał czasówkę po raz czwarty w tym sezonie i 35. w karierze. Przed nim na liście wszech czasów są tylko Michael Schumacher, Ayrton Senna i Sebastian Vettel, ale kierowca Mercedesa nie myśli o rekordach, tylko o prowadzeniu w mistrzostwach świata.
Po defekcie w otwierającej sezon Grand Prix Australii wygrał trzy wyścigi z rzędu, ale za każdym razem na drugiej pozycji meldował się jego zespołowy partner Nico Rosberg i to on, dzięki wygranej w Melbourne, wciąż przewodzi w klasyfikacji. Jeśli Hamilton zamieni pole position w zwycięstwo – swoje pierwsze na tym torze – to obejmie prowadzenie w mistrzostwach po raz pierwszy od czerwca 2012 roku.
– Jestem bardzo zawiedziony, bo nie lubię drugich miejsc – mówił Niemiec po kwalifikacjach na Circuit de Catalunya, które przegrał z partnerem różnicą zaledwie 0,168 sekundy. – Nie jest idealnie, ale jutro wszystko jest do ugrania.
Jak dotąd Mercedes zezwalał swoim kierowcom na walkę, czego dowodem był pasjonujący pojedynek o zwycięstwo w Bahrajnie. W niedzielę stawką jest prowadzenie w mistrzostwach świata i kibice zacierają już ręce na kolejne starcie. O prymat wśród „reszty stawki" walczyć będzie Ricciardo i startujący za nim kierowcy: Valtteri Bottas z Williamsa, Romain Grosjean z Lotusa oraz duet Ferrari. Tym razem to Kimi Raikkonen był górą, a Fernando Alonso musi się zadowolić siódmą pozycją startową w domowym wyścigu.