Rz: Co się panu najbardziej podobało na mistrzostwach świata?
Zbigniew Boniek:
Całe mistrzostwa. Nie było meczu, którego bym nie oglądał z zaciekawieniem. A finał był ukoronowaniem wspaniałego miesiąca. Miałem przekonanie, że biorę udział w uczcie. Rzadko ogląda się mecz, w którym nie ma bramek, a jest dramaturgia. Jedyna padła po fantastycznej akcji Schuerrle i Goetzego. Zrobić coś takiego w finale mistrzostw świata to niewyobrażalne. Argentyna miała trzy świetne okazje, gdyby wykorzystała chociaż jedną, mecz mógłby wyglądać zupełnie inaczej.
Niemcy wygrali zasłużenie?
Jak najbardziej. Na takim poziomie o wyniku decyduje czasami jeden strzał i tak było tym razem.
A gdyby sędzia ukarał Manuela Neuera czerwoną kartką za faul na Gonzalo Higuainie, a Argentynie przyznał rzut karny?
Trudno mi powiedzieć. Neuer piąstkował piłkę i rozpędzony wpadł na Higuaina. To było naturalne. Może gdyby sędzia miał możliwość sprawdzenia tej sytuacji na filmie, podjąłby inną decyzję. Ale sędziowie zawsze przegrają z technologią. Bo są dwa mecze: ten prawdziwy, który oglądamy na stadionie, i ten sam oglądany w telewizji. Sędzia widzi tylko ten pierwszy. Dopóki sędziowie nie będą mogli oglądać powtórek kontrowersyjnych sytuacji, będą na straconej pozycji.
Cała rozmowa w jutrzejszej "Rzeczpospolitej"