Korespondencja z Hockenheim
Podczas przygotowań do niedzielnego wyścigu na torze Hockenheimring głównym przeciwnikiem kierowców oraz ich maszyn jest upał. Termometry w Badenii-Wirtembergii wskazywały w piątek 33 stopnie Celsjusza, a nawierzchnia niemieckiego obiektu rozgrzała się do 57 stopni.
– Asfalt ma ponad 50 stopni, podłoga samochodu prawie cały czas ociera się o nawierzchnię, a ja siedzę praktycznie na podłodze – komentował Nico Rosberg. Lider punktacji uzyskał najlepszy czas w pierwszej sesji treningowej, a w drugiej musiał uznać wyższość kolegi z Mercedesa. Jednak przewaga Lewisa Hamiltona wyniosła tylko 0,024 sekundy, zatem w sobotnich kwalifikacjach możemy być świadkami kolejnego emocjonującego pojedynku między kierowcami, którzy w dziewięciu rozegranych do tej pory wyścigach tylko raz pozwolili sobie wydrzeć zwycięstwo. W Kanadzie zwyciężył Daniel Ricciardo z Red Bulla, ale stało się tak wyłącznie dzięki defektom obu samochodów Mercedesa.
Niemiecki upał mocno daje się we znaki zawodnikom, którzy mają na sobie ognioodporną bieliznę z długimi rękawami i nogawkami oraz kombinezon, także chroniący przed płomieniami. Temperatura w ciasnym kokpicie przekracza 60 stopni, bo tuż za kierowcą umieszczona jest jednostka napędowa wraz z osprzętem: turbosprężarką, chłodnicami oraz systemami odzyskiwania energii. W szczególnie gorących wyścigach zawodnicy tracą na wadze nawet kilka kilogramów, choć sama jazda trwa maksymalnie dwie godziny.
Wysoka temperatura oznacza także potencjalne problemy techniczne, bo hamulce czy elektronika sterująca pracą całego samochodu wymagają odpowiedniego chłodzenia. Niedzielne zawody mogą być zatem walką o przetrwanie, a pogoda jest jedyną nadzieją dla rywali Mercedesa. Głośno nie wypada o tym mówić, ale dopiero wymuszona upałem awaria może dać szansę innym ekipom. Niektórzy liczą też na atmosferyczną niespodziankę.